rzutnik blog

Twój nowy blog

USA, 2009, reż. Lee Daniels

Film, na którym wyłam jak bóbr już w piątej minucie. Obraz ten pokazuje, że jakkolwiek masz źle w życiu, są być
może tacy, którzy mają naprawdę przejebane. Nikt się z tobą nie cacka. Od
początku dostajesz obuchem w głowę.

Precious to drugie imię grubej ciemnoskórej szesnastolatki,
dla której „dom” oznacza niebezpieczeństwo, poniżenie, służenie matce i ojcu na
każdy sposób, jaki możecie sobie wyobrazić. Najgorsza amerykańska patologia
prosto z Harlemu. Kiedy po raz drugi Precious zachodzi w ciążę, dyrektorka
proponuje jej alternatywną szkołę. Precious podejmuje wybór, który ją zmieni. I nie mówię tutaj
o zmianie takiej jak w Dangerous Minds albo The Blind Side. Nie jest to żadna
historia Kopciuszka, ale z pewnością historia, która mówi, że warto coś
zmieniać, cokolwiek.

Słuchajcie. Mo’Nique, która zagrała patologiczną matkę Precious,
dostała szabarset nagród za rolę drugoplanową. I ja bym jej dała szabarset
pierwszą. Zagrała tak, że miałam ochotę spuścić jej wpierdol (czasami zapomina
się, że to film…) Proponuję zimne prysznice po każdym kwadransie, w którym się
pojawia.

 
Nauczycielkę Precious gra Paula Patton, która mnie skojarzyła
się z J. Lo. Nie po raz pierwszy też występuje w filmie Mariah Carey – tym
razem dostała się jej rola pracownicy opieki społecznej. Powiem, że nie
najgorzej wypadła. Wspomnę też, że to niepowtarzalna okazja, by zobaczyć Mariah
bez grubej tapety. A Kravitz, hahahaha, tak, Lenny Kravitz gra pielęgniarza.  

No tak… to pośmialiśmy się, a ze mnie jeszcze to nie zeszło.
Chce ktoś wpierdol?

By Rit

Francja/Kanada/Niemcy, 2008, reż. Gilles Bourdos

 Takiego gniota już dawno nie widziałam. To „dzieło” stanowi
skrzyżowanie filmu „Oszukać przeznaczenie” (którakolwiek część) z książką
„Życie po życiu” (każdy przynajmniej raz miał okazję ją przeczytać bądź o niej
usłyszeć).

Fabuła:

Mały chłopiec z małą dziewczynką bawią się nad brzegiem
jeziora (warto zwrócić uwagę, że to, co zajmuje ich uwagę to łabędź, który jest
w niektórych wierzeniach traktowany jako symbol śmierci/zagadki świata). Pod
dziewczynką załamuje się pomost, chłopiec biegnąc po pomoc dla niej wpada pod
samochód. Mały doświadcza śmierci klinicznej, ale w to, co opowiada, wierzy tylko
jeden doktor. Potem chłopiec jest już duży, urosła mu broda i został doskonałym
prawnikiem. Życie zawodowe układa mu się odwrotnie proporcjonalnie do życia
osobistego. Tak się dzieje od niewyjaśnionej śmierci jego rocznego synka, z
którą Nathan nie potrafi się pogodzić. Nathana gra przystojny aktor o nazwisku Romain
Duris i generalnie był to jeden z trzech powodów, dla których nie wyłączyłam
filmu przed końcem.

 
Nathana odwiedza w robocie tajemniczy doktor Kay (buahahaha,
szkoda że nie Key, brzmiałoby jak „tajemnicza grupa ‘Sekret’”), już po głosie
można poznać, że to ten sam doktor, który był przy Nathanie, kiedy obudził się
ze śpiączki. Nathan nie rozpoznaje go i nie rozumie czego tamten od niego chce.
Doktor mówi, że ma dla niego wiadomość, ale uważa, że Nathan jeszcze nie jest
na nią gotowy (nie wiem czy nie będę psujem, jeśli zdradzę, że główny bohater
nie będzie gotowy aż do końca filmu, nie będę więc zdradzać, w razie gdybyście
jednak chcieli obejrzeć :P). Niegotowość Nathana przejawia się przede wszystkim
w tym, że mówi doktorowi, by spierdalał, po czym jednak wysłuchuje tego, co ów
ma mu do powiedzenia. I cały czas ma tę samą minę („wszyscy spierdalajcie”). A
doktor mówi głosem, od którego chce się spać (z resztą Nathan też mówi
przyciszonym). Tego monotonnogłosego doktora gra nikt inny jak uwielbiany przez
tłumy John Malkovich.  

Kiedy już mina Durisa i głos Malkovicha doprowadza mnie na
skraj wytrzymałości nerwowej, pojawia się piękna Evangeline Lilly w roli
pięknej byłej żony Nathana. Przynajmniej można popatrzeć. Na Durisa, na Lilly i
na przyjemne zdjęcia (szczególnie dużo zwraca się uwagi na światło). Ale i to
nie jest w stanie uratować tego filmu.

Żona Nathana, zapalony botanik, robi zdjęcia kwiatom. I
właśnie kwitnie kaktus, kwitnie tylko raz w roku o północy, a w południe „można
usłyszeć z wnętrza kwiatu duchy zmarłych”. Symbolika filmu jest natrętna, w
ogóle jeśli pojawia się jakikolwiek symbol, zaraz ktoś śpieszy z jego
tłumaczeniem.

Spodziewałam się świeżego spojrzenia na tematykę
tanatologiczną, a tu szajs.                                                                   Nachalne, kiczowate, napuszone. Jak paw, nie jak łabędź. 

by Rit

USA, 2009, reż. John Lee Hancock

Film dostał nominację do Oscara jako najlepszy film roku 2009 i przegrał, ale Sandra Buldog nie wróciła z gali z pustymi rękami, że nie wspomnę jeszcze o nagrodzie z AGAF-u i Złotym Globie. Fiu-fiu! I wiecie co? Słusznie! Pani Buldog zawsze gra miłe dziewczyny z sąsiedztwa, które przeważnie muszą udowodnić, że są choć trochę odważne i ten film jest albo strzelanką albo komedią romantyczną. Dlatego bardzo jestem ciekawa czy reżyser sam wpadł na pomysł obsadzenia Buldoga w dramacie, czy też bliżej niezbadane okoliczności przyrody sprawiły, że podjął to ryzyko. W każdym razie – opłaciło się! Buldog wreszcie gra w filmie kobietę „z jajami” (zauważyliście, że tak się składa, że najwięcej Oscarów zgarniają kobiety w takich rolach?), kobietę-kombajn, która nie zna słowa „nie”, która wie czego chce i wie jak to dostać. Ustawia wszystkich w szeregu, poczynając od własnych dzieci i męża, a na trenerze futbolu kończąc. I niech sczeznę, jeśli nie robi tego w sposób, który pokochacie!

Ta właśnie kobieta, Leigh Anne, oraz jej rodzina, przygarniają bezdomnego młodzieńca, Dużego Mike’a (naprawdę dużego!), który przypadkiem chodzi do tej samej szkoły, co syn Leigh Anne. No bo w deszczu, na zimnie, Święto Dziękczynienia. I tak zostaje. Mike jest typem Kubusia Puchatka, wolno chwytającego, ale dobrodusznego i wdzięcznego. I ci ludzie pomagają mu odkryć w sobie duszę futbolisty. To jest naprawdę banalna historia, nawiasem mówiąc oparta na faktach, i zbyt dużo w niej cudownych przypadków, ale jest naprawdę dobrze zagrana. 

Zastanawiam się, czy nie opowiedziałam właśnie wszystkiego, ale nie chodzi o to, że zdradziłam fabułę. To produkcja hollywoodzka, wiadomo więc, że będzie słodka historia. Ten film jest po prostu kojący. Chciałabym być osobą, która ma tyle pałeru w sobie, co Leigh Anne. Ten film jest ciepłem kominka i jak dla mnie – podaje najcudowniejszą definicję matki na świecie. Brawo Buldog!

by: Rit

Niemcy, Polska, 2009, reż. Bartosz Konopka

Film o królikach, które żyją w sąsiedztwie muru
berlińskiego, a w zasadzie w pasie pomiędzy wschodem i zachodem państwa
niemieckiego. Zza kadru dobiega ożywcza i humorystyczna narracja o życiu
królików (w wersji polskiej niesamowita głosowo, znana z najlepszych
przyrodniczych filmów i nie tylko – Krystyna Czubówna), która łączy się a potem
przeradza w opowieść o życiu ludzi, mieszkańców NRD. Nikt by nie pomyślał, że
małe, puchate, wiecznie ruszające noskami zwierzaki mogą dźwigać na swych niepozornych
pleckach niezły kawał historii współczesnej Europy.

No właśnie, jak odnieść się do tego filmu? Mam mieszane
uczucia. Z jednej strony wiem, że zamierzona i celowa jedna wielka analogia, a
z drugiej strony coś nie halo z tym filmem, wg mnie. Wzruszył do cna, bo jestem
przyjacielem pewnej cudownej, ponad siedmioletniej królicy i zwierzaki te są mi
bliskie na wskroś (coś jak koty kociarzom, psy psiarzom itd.). Abstrahując… Pomysł
na film cudowny, posiada potencjał, nowość, ikrę, wspaniałe powiązanie
dokumentu przyrodniczego (cudne króliki) z historycznym (upadek muru
berlińskiego), ale… no właśnie to małe „ale” mi przeszkadza. Pomysł przedni,
montaż świetny, ciąg myślowy jednorodny, ale za dużo prostych porównań/skojarzeń,
coś jak pogadanka dla nastolatka. Całokształt ciut zbyt nachalny i płaski dla
myślącego widza (a takich nie brak), ale jednak zamysł i zaczyn tego filmu
warty obejrzenia.

Po namyśle stwierdzam, że jednak nie jest nachalny i płaski
pod kątem widza międzynarodowego, bo o ile dla Polki/a historia muru i Niemiec,
komunizm czy konsekwencja ówczesnych wydarzeń jest oczywista i jest moją/naszą
historią, to dla kogoś z Portugalii czy Stanów nie bardzo. Zdecydowanie lepiej
opowiedzieć wszystko od początku i po prostu, przecież film ma być dla
wszystkich, nie tylko dla ludzi z naszej części Europy.  

by kamol

USA, 2009, reż. Jason Reitman
Film nominowany był do tegorocznego Oscara w sześciu kategoriach, nie zdobył żadnej statuetki.
Mówi się trudno i żyje się dalej, jak mawiają filozofowie.
Bardzo fajny film, pomyślałam, gdy wychodziłam z kina. Nie spowodował u mnie zapaści nerwowej, palpitacji serca, nie uroniłam ani jednej łzy, nie byłam też całkowicie zachwycona i nie rzuciłam stanikiem w ekran wyświetlający George’a Clooney’a. Jednak ani przez moment nie czekałam na koniec, tylko patrzyłam z ogromnym zainteresowaniem, jak to się dalej potoczy.
Już czołówka jest niezła, leci przykuwająca uwagę piosenka i widzimy coś, co na co dzień ogląda główny bohater – widok z samolotu.
George Clooney gra bowiem gościa, którego praca wymaga w zasadzie codziennych lotów tam i siam, i zwalnianiu ludzi w imieniu tych, którzy nie mają dość jaj, by zrobić to samemu (chyba nawet tak to określają w samym filmie). Zajęcie głównego bohatera jest jak dobra przyprawa.
Wszystko idzie gładko, trwa poukładane życie niczym białe podkoszulki w walizce, a tu nagle pojawiają się Nieprzewidziane Okoliczności.
Jak łatwo się domyślić, zdarza się kobieta. A nawet dwie (Vera Farmiga i Anna Kendrick)! Jedna chce zrobić rewolucję w jego życiu zawodowym, druga wpływa znacząco na jego życie uczuciowe, którego do tej pory w zasadzie nie było.
Główny bohater stoi więc w obliczu wielkich zmian i przed wyborem, przed którym stoi każdy z nas, kto w ogóle jest w stanie się nad tym zastanowić. Żona, dzieci, radość, szczęście i obciążenia czy fruwanie sobie bez tego bagażu?
Trudny wybór, prawda? A tu okazuje się, że życie i tak wybierze za nas.
No piękne jest to wszystko! Dobrze ułożony zestaw symboli i metafor. Te jego walizki poukładane, wszystko tak, aby jak najmilej, jak najszybciej, a tu niestety pojawiają się przeszkody pod różnymi postaciami. Bardzo prosta może się wydawać konstrukcja tego scenariusza, ale gdy się jej dobrze przyjrzeć, to widać wyraźnie kilka poziomów (co najmniej dwa!). Wszystko toczy się we właściwym tempie, bez fajerwerków, zbędnych wzruszeń, banalnego zakończenia.
A jak grali? Clooney jak zwykle – przystojny, w inteligentny i nienarzucający sposób zabawny, prawdziwy facet, który wie, jak się zachować w każdej sytuacji, zdecydowany i męski, ale uroczy. Stary, ale młody. Nie można było wybrać lepiej.
Dwie panie: Obie bardzo wyraźne i nie toną w cieniu Clooneya. Młoda dobrze zagrała młodą, której jeszcze się chce, jeszcze ma marzenia, jeszcze jest zaangażowana, bez dystansu. Ekstra. Trudno jest grać rolę „podwójnie” – kogoś, kto gra kogoś, kim jeszcze nie jest. A Vera Farmiga jest pełna klasy, uroku i dystansu, podobnie zresztą jak Clooney.
Widać, że dobrze się zastanowili nad doborem obsady.
Nie wiekopomne arcydzieło, ale produkt wysokiej jakości przeznaczony dla dużej grupy widzów.

by jaskrawa

USA, 2010, reż. Tim Burton

Uwielbiam Alicję, uwielbiam Burtona, uwielbiam Deppa, a to oznaczało, że z pewnością obejrzę dzieło na jednym z pierwszych możliwych seansów. I obejrzałam. 

TA Alicja stała się poważną konkurencją dla wersji Nicka Willinga z 1999 roku, z Mirandą Richardson w roli Królowej Kier, Tiną Majorino w roli Alicji, Whoopi Goldberg – Kota z Cheshire, a Martina Shorta w roli Szalonego Kapelusznika. I ci ludzie zrobili wtedy kawał dobrej roboty. I ta adaptacja jest mniej-więcej zgodna z książką Carrolla. Pardon, książkami! – bo film Willinga łączy dwie książki w jedną historię. 

Film Burtona jedynie bazuje na znanych wszystkim przygodach Alicji, bo Alicja dorosła. Dorosła, ale wciąż śni ten sam sen. Kiedy wpada do króliczej nory, zmniejsza się, zwiększa i spotyka te wszystkie fantastyczne postacie, nie bardzo jeszcze jarzy, nie wszystkich  rozpoznaje. A oni ją – owszem, mało tego, uważają, że jest ona najbardziej odpowiednią osobą, aby wybawić ich świat od przekleństwa złej królowej. W tym miejscu przestało mi się podobać, bo zaczęło się mieszać z Narnią, czekałam więc niecierpliwie na pojawienie się Szalonego Kapelusznika (Johnny Depp). Pojawił się, oczywiście, z powierzchownością, którą będą teraz kopiować wszystkie wizażystki świata (rude włosy, zielone oczy, niebieski cień na górnej powiece, magenta na dolnej, plus biała mascara do rzęs i malinowa pomadka, zapamiętać). I wszystko było pięknie, dopóki nie odezwał się… głosem Pazury (o Magdaleno! dlaczego nie powiedziałaś mi że wybrałaś wersję z dupingiem?!! dlaczegooo!?!?). Tak, moi mili, głosem Pazury. TEGO Pazury. Cezarego Pazury. Dobrze, że nie jadłam żadnych chipsów i popcornów, bo żołądek wykonał w tym momencie skomplikowaną akrobację. Właściwie na tym mogłabym zakończyć recenzję, bo jednak Kapelusznik sporo mówi w tym filmie. Całe szczęście, że momentami mówi tak trudne rzeczy, że mózg przestaje się martwić, że mówi to pedalskim głosem Pazury.

I całe szczęście, że Bóg stworzył Helenę Bonham Carter, która tak świetnie zagrała rolę Królowej Kier (oczywiste, że to ona zagrała Królową, to ulubiona ulubiona aktorka i ulubiona konkubina Burtona), że trochę bałam się śmiać z jej absurdalnych królewskich sekretów (i jej ogromnej głowy. I żartów Kapelusznika na temat jej ogromnej głowy. Jeśli tylko wyjdzie film dokumentalny pt. „Jak robiliśmy Alicję w Krainie Czarów„, chcę go obejrzeć) . I że stworzył Katarzynę Figurę. Tak, nie mylicie się, Królową podkłada Figura i podkłada głos tak genialnie, że dziękuję Bogu, że stworzył Helenę Bonham Carter, żeby mogła zagrać Królową Kier, żeby Figura mogła podkładać pod nią głos w polskim dupingu. Po raz pierwszy widzę, a raczej słyszę, że pani K. F. to prawdziwa aktorka.

Bardzo ubawili mnie też bliźniacy Dyludyludi i Dyludyludam. I Pan, który podkładał pod nich głos, Jan Wecsile. I nie rozpoznałam Jana Peszka, który użyczył głosu Kotu z Cheshire.

Czyli generalnie dużo dobrej zabawy i ładnie „zrobione” postacie. Mistrzowskie kostiumy (Królowa Kier, Kapelusznik, Alicja), Kolorowe stwory. I najważniejsze zostawiam na koniec. Technika 3-D. To cholerny plus filmu. Idziesz z Alicją przez ciemny las i palmy ocierają ci się o ramię. Chyba jednak nie do końca o takie efekty wizualne mi chodziło, kiedy wpadałam do króliczej nory…

Ciągle nie mogę skończyć tej recenzji, to chyba znaczy, że warto pójść i zobaczyć. Waham się, czy by nie pójść jeszcze raz na wersję bez dupingu tylko po to, żeby usłyszeć Deppa i Bonham Carter.  Idźcie też.

by rit

USA, 2000, reż. Christopher Nolan
Znowu nadrabiam zaległości z początku wieku, kiedy nie miałam kasy na kino, nie miałam odtwarzacza kaset video, jedynym źródłem pirackich płyt z filmami był mój chłopak, który lubił oglądać jakieś gnioty, chodziłam jeszcze do liceum i interesowały mnie tylko książki o łagrach i obozach, picie piwa na wagarach i antykoncepcja. Ja zresztą do tej pory mam w dupie nowości i oglądam to, co akurat mi wpadnie w oko w wypożyczalni albo u staczy. Kiepska ze mnie Rzutniczka. Tak czy owak – Memento nie mamy jeszcze w swoich archiwach, więc korzystam z okazji wyprodukowania się.

Najważniejsze fakty: Główny bohater cierpi na brak pamięci krótkotrwałej. Cierpi tym bardziej, że jego głównym zajęciem jest prywatne śledztwo, którego celem jest znalezienie i zabicie gwałciciela i mordercy jego żony.
Drugi najważniejszy fakt: Całą akcję filmu tworzy oczywiście śledztwo prowadzone przez naszego bohatera, ale pokazane odwrotnie, jeśli chodzi o chronologię zdarzeń. Świetny pomysł na uatrakcyjnienie banalnego scenariusza, nieprawdaż?
Jeśli ktoś lubi kryminalne zagadki, których rozwiązanie jest dodatkowo utrudnione, to na pewno będzie się dobrze bawił.
Jeśli ktoś woli dobrą grę aktorską, wzruszenia, emocje, identyfikację z bohaterem, przeżywanie obrazu przez pryzmat własnych doświadczeń, filozofię, jakąś myśl, refleksję, nieco inne rozwiązania jeśli chodzi o kamerę, ujęcia, budowanie klimatu, to szkoda czasu na ten film.
Cały jego myk polega według mnie na odwróceniu akcji (to jest dobry pomysł, przyznaję) i użyciu dość oryginalnego motywu z brakiem pamięci krótkotrwałej. Nic więcej tam nie ma. Jest za to banał i kicz gotyckich tatuaży, goła klata ślicznego chłopca (fizjonomia Jacka – bankowca z Klanu, który trochę nastroszył sobie grzeczną fryzurkę, żeby być trochę niegrzecznym na potrzeby bycia kilerem – amatorem), skupionego na swojej prywatnej zemście, niczym bohater taniego westernu, banały o zamordowanej żonie, że tak jej brakuje mu (auuu!), bo była i pamięta każdy detal (piękna była i w ogóle była, nic więcej się nie dowiadujemy, czemu tak bardzo jej żal, dziecinki), żałosny, psychopatyczny, wąsaty policjant w Rapist Glasses (wygląda prawie upełnie jak koleś zrobiony przez Jona Lajoie, brakuje mu jeszcze Pedophile Beard! http://www.youtube.com/watch?v=15S0g8pG6HU – koniecznie obejrzyjcie, zrozumiecie, o co mi chodzi :D).
Co jeszcze jest?
Trochę się ganiają, najazd na Gołą Klatę, wybita szyba w jaguarze, budynek na pustkowiu, znowu ta sama scena, co już była, żeby podkreślić, że już była, mimo, że bohater nie wie, że to już było, najazd na Gołą Klatę, czarno-białe wstawki (jak nie wiesz, jak zrobić film dla intelektualistów, to zrób część scen czarno-białych, wyjdzie lepiej) tani motel, zdjęcia z polaroidu, podpisane hasłami (taaaa…na pewno ktoś, kto ma zanik pamięci połapałby się o co chodzi w tych sloganach wypisywanych na Gołej Klacie, gówno tam, a nie by się połapał, nawet by nie wiedział, dlaczego je ma, zupełnie odrealnione to śledztwo), Ładna Pani, co pomaga i pomoże też Jackowi pokazać widzowi Gołą Klatę i Tatuaże, znowu tani motel, znowu wybita szyba, banalne riposty gogusia Jacka z niegrzeczną fryzurką, niby mające pokazać, jaki to z niego kowboj, zmierzający znikąd donikąd chyba i nie dbający o nikogo, prócz zemsty, najazd na Gołą Klatę, znowu tani motel, polaroidy and stuff.

Kiedy koniec?
W końcu jest koniec i nagle okazuje się (chyba, bo tu trochę już przysypiałam), że wszyscy robili naszego Jacka w chuja. Jeśli wpadłeś na to zanim skończył się film, możesz być z siebie dumny.

Można było dużo lepiej zrobić film, bazujący na tak dobrym pomyśle, ot co.
Dodaję do „dziwne jakieś”, bo nie wiem, gdzie dodać, a film dziwny jakiś.

by przysypiająca jaskrawa

Polska, 2010, reż. Juliusz Machulski.


Prawdę mówiąc wcale nie zamierzałam iść na „Kołysankę” tylko na „Randkę w ciemno”, bo w „Randce w ciemno” statystowałam (tak tak, jak byłam w Londynie to trafiła mi się praca po godzinach ;), a w „Kołysance” nie. Poza tym nie jestem miłośniczką Machulskiego (i mam w dupie komentarze „no coo tyy, ‚Seksmisja’ ci się nie podobała?”).
Koniec końców skusiły mnie dobre recenzje filmu.

Jest to komedia, jak to u Machulskiego. Plakaty sugerują, iż mamy do czynienia z przeniesioną w polskie realia rodziną Adamsów i tak właśnie jest.
W mazurskim wypiździjewie pojawiają się znikąd pani, pan, ojciec pana i trójka dzieci. Wszyscy głodni oczywiście, więc w wiosce zaraz po osiedleniu się nowo przybyłych zaczynają znikać ludzie. A to listonosz, a to ksiądz z ministrantem, a to Niemiec, co chce ziemię wykupić, a to pani z opieki społecznej (Ewa Ziętek lepiej wypada w roli pani z opieki społecznej niż właścicielki restauracji).
Nikt nikogo nie zabija, to jest kino familijne i wszystko odbywa się dość humanitarnie. Państwo Makarewiczowie trzymają świeże pożywienie w stodole.
Kiedy usłyszałam wesoło brzmiące „Dzieci, ooobiad!” spadłam ze stołka.
Jest kilka niezłych gagów zaiste, ale film byłby niczym, gdyby nie postać dziadka (Janusz Chabior), zramolałego, z długimi włosami, krnąbrnego, takiego, co to „swoje wie”. Dziadek sprawia, że akcja się posuwa żwawo (bez skojarzeń), bo ci co to swoje wiedzą, lubią generować problemy.
Wszystko co dobre w tym filmie psują policjanci.
Bo trzeba wam wiedzieć, że kiedy znikają ludzie, policja dostaje zgłoszenia o zaginięciach.
I interweniuje. Ta policja jest do przesady zaściankowa i tak głupia, że chwilami wydawało mi się, że ktoś przez przypadek włączył „13 posterunek”. A to przecież „Kołysanka”. Nie mam pojęcia skąd się wziął tytuł. Trochę mnie to męczy.

Kończąc, powiem jeszcze, że byłam urzeczona pejzażem mazurskiego wypiździjewa. Nie sądziłam że wampiry mogą tak dobrze skomponować się z Mazurami. Byłam mile zaskoczona.
Ładne obrazy, as w rękawie – dziadek, genialne (niby przewidywalne, a jednak genialne) zakończenie i tylko policjanci zjebani.
Waham się, ale daję jednak kategorię „film na niedzielę”.
Bo fajnie się oglądało. Gładko, miło, przyjemnie. Zdecydowanie na niedzielę.

by rit

Austra, Niemcy, Włochy, 2004, reż. Oliver Hirschbiegel
Pewnie wszyscy widzieli, ja dopiero teraz.
Ostatnie dni Hitlera w Berlinie. Armia Czerwona wdziera się do już niemal do gniazda wroga.
Jak zachowuje się fuhrer, gdy jego armia jest zdziesiątkowana i nie ma szans na ratunek? To ciekawe, móc podejrzeć diabły w dniu ich upadku. Dobry pomysł na scenariusz; pozwolić popatrzeć z satysfakcją na to, jak kończy człowiek, przez którego cierpiały i umierały w męczarniach miliony. Nie jestem w stanie ocenić, na ile wierny to dokument, ale muszę przyznać, że wygląda wiarygodnie. Hitler jest pokazany jako człowiek o dwóch obliczach – szaleniec, do końca wierzący w swoją zbrodniczą misję, a jednocześnie troskliwy wujaszek, uprzejmy i wręcz ciepły dżentelmen, tchórz w obliczu nadchodzącej śmierci. Wykrzykuje histerycznie, że tak słaby naród, który pozwolił sobie na przegraną, musi ulec eksterminacji i nie zasługuje na przetrwanie, a jednocześnie, szeptem, pyta lekarza, jak zabić się, aby nie poczuć nawet odrobiny bólu. Kontrast ten jest bardzo widoczny w filmie, co czyni go dość interesującym obrazem.
Nie ma tu jednak nic zachwycającego, wzruszającego, ot, po prostu rzetelny przekaz piekła z końca wojny. Ostrzeliwany Berlin, cierpienie cywilów, męka rannych, od których odwraca się przez jednych ukochany, przez innych znienawidzony wódz – szaleniec, tchórz i egoista totalny. Scenarzysta nie szczędzi nam okrutnych scen obcinania w warunkach polowych kończyn na żywca, chce zaszokować wstrząsającą sceną, w której pani Goebbels z kamienną twarzą otruwa wszystkie swoje blondwłose dzieci. Z równie zimną krwią na to patrzymy. Znamy historię, nie byliśmy bezpośrednimi świadkami tamtych zdarzeń, ale każdy z nas widział już tak wiele filmów pokazujących wojenne okrucieństwo, że (prawie) nie robi to na nas wrażenia.
Staram się wyobrazić sobie, czym byłby dla mnie ten film, gdybym była zupełnie nieświadoma tego, co dzieje się z ludźmi podczas wojny, gdybym nie przeczytała na ten temat nic, nie widziała ani jednego zdjęcia czy filmu, była wolna od doświadczeń pochodzących z różnego rodzaju relacji i dokumentów, czysta niczym książe Siddharta w pałacu swojego ojca. Pewnie dostałabym ataku histerii od samego oglądania.
A tak co? Nic. Smutno mi, że to wszystko się wydarzyło, widziałam Kolejny Film o Wojnie, nie mam żadnych nowych wniosków na jej temat.
Z echem – ze względu na to, że tym razem pokazują cierpienie tych złych, a nie dobrych. Bez echa – bo to znowu ta potworna wojna z poprzednich filmów.

by jaskrawa

USA, 2004, reż. Davis Guggenheim
To film dokumentalny, żeby nie było żadnych wątpliwości, co znaczy, że zobaczymy bohaterów grających samych siebie.
Spotyka się trzech gitarzystów wszechczasów. Jimmy Page (przede wszystkim Led Zeppelin), The Edge z U2 i Jack White z The White Stripes. Rozmawiać mają, rzecz jasna, o graniu na gitarze.
Na liście 100 gitarzystów wszechczasów magazynu Rolling Stone z 2003 roku wszyscy zajmują wysokie miejsca.
Jimmy Page – dziewiąte, Jack White – siedemnaste, The Edge – dwudzieste czwarte.
Co?
Pierwszy raz przyjrzałam się tak dokładnie temu rankingowi i trochę mnie to zaskoczyło, że gościu z White Stripes jest wyżej od Edge’a. Tzn. dobra, nawet ja, całkowity laik, jeśli chodzi o muzykę, wiem, że White Stripes to wielka gwiazda itd., ale żeby przebić cudowne, „przestrzenne”, niepowtarzalne, sprawiające, że małe włoski na rękach stają dęba, brzmienie gitar U2, to trzeba być co najmniej Kirkiem Hammetem (który zresztą jest wyżej, niż ci dwaj).
Mniejsza o to, to pewnie wszystko dlatego, że RS jest amerykańskim pismem.

Panowie spotykają się i gadają, ale w filmie, prócz gadania, jest przede wszystkim granie. Głośne, soczyste, najlepsze rockowe granie na świecie. Mimo, że centralnym zdarzeniem jest spotkanie genialnej trójki, nie jest to statyczny dokument z jednego studia, niczym talk show w telewizorze. Co chwila przenosimy się w czasie i przestrzeni. Możemy zobaczyć angielską prowincję początku lat sześćdziesiątych i nastoletniego James’a Page’a grającego na szkolnych imprezach, wędrujemy też do biednego Detroit lat siedemdziesiątych, gdzie Jack White dorasta sobie wśród licznego muzycznego rodzeństwa, a w swoim maleńkim pokoiku ma dwie perkusje zamiast łóżka, w końcu śpiewamy wraz z Edge’m Bloody Sunday i odczuwamy smutną, patriotyczną solidarność. Aby nie było nudno, obrazy ze studia przeplecione są tymi z „terenu”, zdjęciami archiwalnymi, nagraniami z koncertów, z ulubionych miejsc, a nawet prostymi animacjami. Cała przeplatanka dość dobrze trzyma się kupy, mimo, że gdzieś tam zdarzył się moment, gdy miałam wrażenie, że jeden element nie bardzo wynika z drugiego; jakiś motyw się kończy, spodziewamy się kontynuacji wątku, a jednak pojawia się coś z innej beczki, gdy tej innej beczki nie zapowiedziały nam pojawiające się tytuły poszczególnych części filmu. Ale to nic nie szkodzi.
Każdy z artystów ma długą historię do opowiedzenia (i tak, rzecz jasna, dowiadujemy się tylko części); o swoich początkach, pierwszych instrumentach (czasem wykonanych własnoręcznie), ulubionych instrumentach, skąd się one wzięły, zrządzeniach losu, ważnych wyborach, przeszkodach, które musieli pokonać, zatem film podzielony jest na kilka wątków. Nie jest to zbyt łzawe, raczej dokumentalne, proste i bez zbędnych wniosków. Wyważona dawka sentymentalnych nutek.
Mamy trzech bardzo doświadczonych muzyków, a jednocześnie wrażenie, że są trochę jak trzej chłopcy, z których każdy odkrył własny sposób użytkowania pewnej zabawki, a teraz jeden przez drugiego chwalą się swoimi pomysłami. White nawet tworzy piosenkę w trakcie nagrania, żeby pokazać, jak to u niego wygląda. Nie ma żadnej rywalizacji, raczej twórcza konfrontacja. Jednocześnie czuje się, że to gwiazdy i każdy na swój sposób trochę stara się skupić uwagę na sobie, chociaż bez zadzierania nosa. W zasadzie widzimy nie jeden, a trzy filmy, każdy ze swoją centralną postacią i dość chronologicznie ułożoną opowieścią.
W trakcie oglądania chce się zostać w kinie i oglądać dalej, ale chce się też natychmiast pobiec do domu i włączyć sobie płytę.
Idźcie na to.
by jaskrawa


  • RSS