rzutnik blog

Twój nowy blog

USA, 2009, scen. i reż. Scott Cooper

Gdybym miał streścić w dwóch słowach, powiedziałbym: prosta historia. Ale w jakiś tajemniczy sposób ta prosta historia porusza, rezonuje, pobrzmiewa w różnych tonacjach. Chociaż w rzeczy samej jest dość prosta.
Bad Blake, podstarzały gwiazdor country, odcina kupony dawnej sławy, grając koncerty w podrzędnych knajpach. Chleje whisky i stacza się coraz niżej. Życie osobiste w ruinie od lat, życie zawodowe na krawędzi ostatecznego upadku.
I oto Bad poznaje kobietę, która może odmienić jego życie. Czy będą żyli długo i szczęśliwie? Aż tak prosta historia to to nie jest. Ale nie da się ukryć, że przypomina nieco telewizyjne kino familijne w niedzielne popołudnie. Ludzki dramat, cierpienie, nadzieja i wreszcie szczęśliwe zakończenie. Schemat. Tutaj też jest coś z tego schematu, choć zakończenie nie poddaje się regule happy endu. Ale jest przede wszystkim Jeff Bridges z absolutnie zasłużonym Oskarem za tę rolę. Stuprocentowo autentyczny jako przegrany i zmęczony życiem, i równie prawdziwy jako człowiek, któremu udało odbić się od dna.
Właśnie ze względu na główną rolę film przeskoczył u mnie z kategorii filmu na niedzielę do kategorii idźcie na to.
by crazy marecki

USA 2010, reż. Florian Henckel von Donnersmarck

Obejrzane w ramach wieczornego odmóżdżenia, a głównym czynnikiem powodującym wybór tego czegoś był Johnny Depp. I trzeba było pozostac na patrzeniu na plakat z Johnnym, darując sobie resztę.

Zaczyna się tak, że Angelina „Poker Face” Jolie, którą śledzą wszyscy policjanci w okolicy, wsiada do pociągu Paryż-Wenecja i zagaduje jadącego nim turystę, którego oczywiście gra Johnny. Johnny jest skromnym nauczycielem matematyki, któremu niemalże dech odbiera widok pięknej (?) Angeliny. A z Angeliny, jak się okazuje, jest kawał cholery, bo Johnny’ego używa podle, sprawiając, że policja i ruskie bandziory uważają go za poszukiwanego Wyłudzacza Wielkiej Kasy. Biedny Johnny ucieka przed ruskimi bandziorami, lata za boską Angeliną, za nimi z kolei biega policja, wszyscy gonią wszystkich, a Johnny’ego starają się zabić. Pływają przy tym na łódkach i motorówkach, żeby było wiadomo, że jesteśmy w Wenecji.

Ale to dopiero od połowy filmu, bo do połowy się rozkręca. I w zasadzie dopóki się tylko rozkręca, to jeszcze da się oglądać. Potem jest tylko gorzej. I nawet Johnny tego nie ratuje. Główną tajemnice i wielki zwrot akcji można rozgryźć najdalej w czterdziestej minucie, wątki romansowe sprawiają, że człowiekowi zbiera się na mdłości i ma się ochotę wstać i wyjść albo wyłączyć komputer.

Brrr. Będę miała uraz do Johnny’ego, przynajmniej dopóki Burton z nim czegoś nowego nie nakręci.

I już wiem, skąd moja wielka niechęć do Boskiej Angeliny. Boska Angelina nie ma mimiki. Szczytem zmiany wyrazu twarzy Boskiej Angeliny jest machanie nozdrzami, więcej się nie rusza. Angelina zła: rusza się lewe nozdrze. Angelina przestraszona: rusza się prawe nozdrze. Angelina smutna lub zakochana: rozchylają się delikatnie oba.

Idę włączyć kreskówki. Tam przynajmniej jest więcej treści i suspensu.

by agatka

Solista

Francja, USA, Wielka Brytania, 2009

 

 Nie ma tutaj szansy na oddech. Bezdech myśli łączy się z bezdechem  myśli Nathaniela. To grajek o dwustrunowych skrzypcach grający pod pomnikiem Beethovena na jednej z ulic Los Angeles. Tam spotykają się po raz pierwszy dwóch mężczyzn, którzy nie muszą zostać przyjaciółmi, choć jeden bardzo tego chce. Myśli Nathaniela nie są jednak tak łatwe, by przyswoić się do świata do którego należał, woli żyć na ulicy i grać pokątnie. Jego świat zapakowany w marketowy wózek przesuwa się razem z nim snując melodię Beethovena po ulicach LA. To film, który daje myśliwo, nakręca nas do tworzenia, podawania dłoni innym, choć film nie jest tylko o tym, bo indywiduum Nathaniela nie zaciera się. Jego schizofrenia drąży się w nas podczas ciągłego oglądania. Głosy w jego głowie nie dają nam dobrego zakończenia filmu, nie dają żadnego i tak też i jest prawie do końca. To pełen napięcia, prawdziwy obraz znaleźnej przyjaźni Steve`a Lopeza – dziennikarza Los Angeles Times i ulicznego grajka. Nie jest to komercyjny zapychacz jakich pełno w kinach; cieszy to, że historia oparta jest na faktach ( sam zerknąłem kątem oka na wydane przez Lopeza książki…narazie w Googlach . Tfu! Lenistwo). Steve Lopez napisał bowiem książkę o swojej przyjaźni i właśnie tę ksiązkę postanowił opisać reżyser na którego nazwisko spojrzałem z szacunkiem tuż po ostatnich sekundach filmowej wizji : Joe Wright

by wnimanie-paeti

USA, 2010, reż. Joseph Kosinski
Po jakichś 10 minutach filmu pomyślałam: Rany, co za pierdy!
Nie zmieniłam zdania po obejrzeniu całości.
Scenariusz do bani. Naiwna i schematyczna historyjka kompletnie nie trzyma się kupy. Bohaterowie dostali się do cybersprzestrzeni, ale ta cyberprzestrzeń rządzi się własnymi prawami. Są momenty, że można w zasadzie fruwać, ale są też takie, gdzie jakoś nie można. Można sobie stworzyć świetlny pojazd, a innym razem pada się bezbronnie na twarz. Logika tworzona według zapotrzebowania na momenty grozy i momenty triumfu. To tak, jakby Gandalf raz potrafił czarować, a innym razem nie, aby nie wszystko mu się od razu udało i aby film mógł być emocjonujący.
Wątek emocjonalny – ojciec opuszcza syna, potem się spotykają, potem znów muszą zdecydować o rozstaniu – zagrane nijak, w ogóle nie zagrane w zasadzie. W tym filmie mógłby zagrać każdy, nawet Krzysio Ibisz. Tu akurat gra Jeff Bridges, co nie ma najmniejszego znaczenia. W dodatku wbili go w kostium mistrza zen, pewnie chcieli dodać małą szczyptę jakiejś głębi lub filozofii, kompletnie im to nie wyszło, bo głębi tu tyle co w pierwszej lepszej strzelance na konsoli.
Główną rolę grają tu Efekty Specjalne. Są mistrzowskie. Świetliste, szklane, metalowe. Błyszczą jak kryształy oprawione w platynę. A tą platyną jest muzyka Daft Punk, rozwala na obie łopatki. Jest klimat. Bardzo spójny, jednolity, wszystko do siebie idealnie pasuje, jak na doskonale ubranej kobiecie. Nie ma przesady we wzorach i kolorach, jak było np. w Avatarze.
Napisałabym „nie idźcie na to”, ale jeśli kogoś kręci serial pt. „Co nowego w efektach specjalnych”, to se może zobaczyć. Dlatego „bardziej forma niż treść”. Chociaż tutaj treści nie ma, jest jedynie forma.

by jaskrawa

USA, 2010, reż. Martin Scorsese


Martin Scorsese. To mogłoby wystarczyć za recenzję.
Do tego Leonadro Di Karpio, którego nie lubię, ale który z każdym kolejnym filmem udowadnia, że ma niechęć nie ma uzasadnienia.
Historia jest w zasadzie prosta. Mamy zakład zamknięty, dla wyjątkowo niebezpiecznych i niezrównoważonych pacjentów/więźniów, mamy dzielnego szeryfa federalnego i mamy kadrę psychiatryczną. A potem okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się wydaje.
Najbardziej uderzające dla mnie jest to, jak sugestywnie można przedstawić chorobę psychiczną. Jak wyraziście można pokazać widzowi, co czuje człowiek, który nie panuje nad własnym umysłem, który traci zaufanie do samego siebie.
Wszystko w tym filmie jest na swoim miejscu, od pierwszego do ostatniego kadru wszystko ma znaczenie. Konsekwencja. Żelazna konsekwencja. Nic nie jest przypadkowe, nawet gesty trzecioplanowych postaci mogą mieć znaczenie dla opowieści. A najlepsze, że nawet po napisach końcowych trudno być pewnym, o czym była ta opowieść. Czy było tak, czy może siak.
Naprawdę warto zobaczyć.
by marecki

Orzeźwiające, słodkie, musujące świeżością – takie jest młode wino wyprodukowane w jedną noc z dopiero co rwanych winogron. Taki też jest obraz Tomasa Barina opowiadający prostą, nieco nawet schematyczną historię praskiego cwaniaczka Honzy, który uciekając przed wymiarem sprawiedliwości, zaszywa się w winnicy swojego dziadka, gdzie przechodzi błyskawiczną przemianę duchową i niejako przy okazji odnajduje miłość swojego życia.    
   Okazuje się, że  Prowansja znajduje się znacznie bliżej niż byśmy się mogli spodziewać, tuż za naszą południową granicą, na morawskich stokach.  Mała wioska wśród winnic kipi radością życia, żywotni staruszkowie w zabawnych kapeluszach całymi dniami zajmują się robieniem sobie psikusów, piękne kobiety o szerokich biodrach z wdziękiem zdradzają mężów, którzy nie wyglądają groźnie nawet z nabitą dubeltówką, a ścigający naszego bohatera policjanci okazują się być w głębi duszy gapiowatymi smakoszami. Sam Honza, jakby nie było, oszust i złodziejaszek, budzi wyłącznie ciepłe uczucia, ze swoją chłopięcą urodą, zadatkami na hipochondryka i traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa, pokazanymi w nielicznych retrospekcjach, jakby za mgłą. Błyskawicznie zapominamy mu jego przestępstwa z początku filmu i kibicujemy miłości do olśniewającej dziewczęcą urodą Klarki. 
   
„Młode wino” sprawia, że nie skupiamy się na łajdactwach i kłamstwach, których nie brakuje także w tej sennej wiosce, „Młode wino” sprawia, że śmiejemy się do rozpuku nawet, gdy płonie pościel w trakcie miłosnych uniesień, a złodzieje rabują pola. Wspaniale uderza do głowy, a co najważniejsze, rano wstajemy bez kaca. :))))

Kay

USA, 2010, scenariusz i reżyseria: Nicole Holofcener


Klasyczny film na niedzielę. Bohaterem jest Nowy Jork i garstka jego mieszkańców, których drogi krzyżują się ze sobą.

Mamy małżeństwo Kate i Dona, trochę cynicznych handlarzy starymi meblami, które kupują od spadkobierców porządkujących mieszkania odziedziczone po zeszłych z tego świata spadkodawcach. Don jest wyluzowany, wie, że jego praca to trochę sępie życie. Kate ma wyrzuty sumienia, które próbuje uciszyć rozdając drobne bezdomnym na ulicy i próbując zaangażować się w wolontariat.

Mieszkają z nastoletnią, problematyczna, pryszczatą córką, typową amerykańską nastolatką. A za sąsiadkę mają dziewięćdziesięcioletnią, przygłuchą, zgryźliwą i zrzędliwą staruszkę, na której zgon czekają z utęsknieniem, planując odkupić jej mieszkanie i powiększyć tym sposobem swoje.

Staruszka ma dwie wnuczki – dobrą, troskliwą, pomocną i uroczą Rebekę, która ją odwiedza, robi jej zakupy i opiekuje się nią, oraz złą, mroczną, pyskatą i złośliwą Mary, która jest Rebeki przeciwieństwem.

No i co? No i wszyscy się na siebie natykają tu i tam, spotykają, rozmawiają, zrzędzą, gawędzą, kłócą się, godzą się, starsza pani umiera. Czasem jest śmiesznie, czasem smutno, czasem wzruszająco. I o czym to wszystko? Ano chyba o tym, co jest w życiu ważne, jak być człowiekiem i gdzie szukać miejsca dla siebie. Takie refleksje w niedzielę po obiedzie.

by marecki

Scenariusz i reżyseria:  Oren Peli

Miałam to opisać tuż po obejrzeniu, żeby na gorąco przekazać wszystkie emocje, ale najpierw hasło gdzieś się w głowie zapodziało, a potem święta i brak czasu.
Ale do rzeczy.
Jak wiadomo, horrory oglądam namiętnie. Ot tak, jako rozrywkę między pracą a kolacją. Nie ruszają mnie litry czerwonej farby, wyskakujące z szafy zombie i obcy buszujący w zbożu.
W ogóle mało co mnie rusza.

Aż tu nagle:
ruszyło!

Zaczyna się niewinnie, jak tysiąc pińcet podobnych filmów. On, Micah (Micah Sloat), i ona, Katie (Katie Featherston), szczęśliwi, młodzi i niebrzydcy Amerykanie, wprowadzają się razem do pewnego domu. A w domu – na to wygląda – straszy. Albo i nie w domu, bo jak się okazuje, ją straszyło i wcześniej.
O wszystkim dowiadujemy się dzięki „amatorskiej” kamerze, którą chłopak ustawia w sypialni, żeby rejestrować dziwne zdarzenia. Tą kamerą nagrywany jest cały film – widzimy tyle, ile widzi jej obiektyw.
I właściwie nic się nie dzieje. Kompletnie. Żadnych duchów, potworów, nic. Ot, drzwi zaskrzypią. Albo dziewczyna się obudzi w nocy z krzykiem, bo miała zły sen. Albo stoi przez kilka godzin nad łóżkiem. Żadnych efektów specjalnych, żadnej czerwonej farby.
Ale wszystko jest tak dawkowane, tak pokazane, że człowiek musi oderwać wreszcie wzrok od ekranu, wstać, iść siku, herbatę wypić, cokolwiek, żeby zachować dystans.
Nie obejrzałabym tego, siedząc sama w domu. Ni cholery.
I chyba nie tylko ja, bo znam osoby które wyłączały przed końcem.

Sposób nagrywania, stylizacja na dokument, oszczędność środków kojarzy się z „Blair Witch Project”.
Ale straszy dużo bardziej.

Kobietom w ciąży i zawałowcom odradzam.
A sama czekam z utęsknieniem na wolną chwilę, żeby zobaczyć dwójkę. Podobno nie ma rozczarowania, choć trochę mnie niepokoi zmiana reżysera.

Jeszcze ciekawostka – film ma alternatywne zakończenia, więc można obejrzeć kilka razy, jeśli ktoś ma wielką ochotę.

by agatka

USA, 2010, reż. Christopher Nolan
Główny motyw (że to, co uważamy za rzeczywistość, wcale nie musi nią być) pojawiał się już w kinie, ale widocznie nie jest jeszcze na tyle zużyty, by nie mógł przyciągnąć widzów. Podobnie jak wątek z projektowaniem własnych snów, grzebaniem w podświadomości i inne takie. Gatunek nazwałabym „psycho-science-fiction”.
Ponieważ film Christophera Nolana Memento uważam za maksymalny shit dla spragnionych mocnych wrażeń widzów (którzy są już za starzy, by podniecać się Zmierzchem i Oszukać przeznaczenie, ale za młodzi, by nie nudzić się na tradycyjnych, konserwatywnych kryminałach i sensacjach), idąc na Incepcję nabdzyczyłam się  jak gulgoczący indyk. Spodziewałam się dziwacznych klimatów, „krzywo” filmowanych scen, w których główny bohater myśli, że traci rozum i rozmywa nam się na ekranie, czarno-białych przebitek, mrocznych postaci z nikąd, które nie wiadomo kim są itd. Nic z tego.
Dostałam całkiem rzetelnie zrobiony film z rodzaju „strzelanki, pościgi i mordobicie”. Wątki snów i grzebania w psychice są jedynie rusztowaniem, na którym wiszą klasyczne sensacyjne sceny. Paczka głównych bohaterów (Leonardo di Caprio jest tu centralną postacią) zajmuje się włażeniem do cudzych snów w celu zaszczepienia pewnych idei w głowach śniących. Oczywiście tak nie wolno i wszystko dzieje się na takich samych zasadach „zlecenia” jak w normalnych filmach skoki na bank czy płatne morderstwa. Akcja filmu to rzecz jasna jedna z takich misji. Rzecz jasna – jest to ostatnia misja naszego bohatera, który od tej pory chce już wieść poczciwe życie i zająć się uprawianiem ogródka, ale niestety ten ostatni skok musi wykonać. Wykorzystano też sprany pomysł „jego żona nie żyje i męczą go wyrzuty sumienia”.
Rzeczy dzieją się szybko, ludzie strzelają, biją się, ścigają samochodami po wielkim mieście, mamy też powracającą w snach piękną żonę-wariatkę w satynie, rozbite kieliszki do wina, starą windę i chwilami brak grawitacji jak w matrixie.
Ekekty specjalne cieszą oko.
Nie cieszy brak wyjaśnienia, jak tak naprawdę udaje się bohaterom tworzyć sny i włazić do nich, w dodatku synchronicznie (brak technicznego opisu i instrukcji jak to samemu zrobić w domu, gdy się wróci z kina), gdzieś tam troszkę sypie się logika, prawo przyczyny i skutku też chyba nie do końca jest zachowane. Ale to szczegóły, nie muszą przeszkadzać, jeśli ktoś nie jest zbyt drobiazgowy.
Ci, którzy spodziewali się czegoś oryginalnego i nowego, to się rozczarują, bo zobaczą prawie-zwykłą sensację.
Jeśli zaś ktoś po prostu lubi sensację, to powinien być całkiem zadowolony.

by jaskrawa

USA/Niemcy, 2007, reż. Terry George


Osz w dupę. Mocna rzecz. Historia dwóch rodzin, których losy splatają się przez tragiczne wydarzenie. Napięcie i emocje w każdym kadrze. Może to nie jest dzieło sztuki filmowej, może to nie jest zbyt prawdopodobna historia, ale przypadek bywa potężnym motorem wydarzeń.
To na pewno nie jest film na niedzielę, to jest prawdziwy dramat. Hardkor.
by marecki

  • RSS