2012, Finlandia, Francja, Niemcy, reż. Aki Kaurismaki

Wygrałam bilety i poszłam.
Zanim poszłam, przeczytałam recenzje na filmwebie i zachwyciłam się, że idę na taki fajoski film!
No i zaczyna się – koszmarny plener, małe miasteczko portowe pozbawione jakiegokolwiek uroku, chce się uciekać z takiego miasteczka. W tym miasteczku mieszka Pucybut Marx (przynajmniej ma zabawne nazwisko). Pucybut Marx myśli, że wygrał na loterii, bo ma porządną żonę, która mu przyrządza smaczne posiłki, sprząta chałupę i wydziela drobne na szklankę wina (heloooł, jesteśmy we Francji). Żona jest powodem, dla którego rzucił życie kloszarda. Marx prowadzi nudne życie: po wypucowaniu wszystkich brudnych butów idzie znowu wziąćna krechę bagietkę i puszkę sardynek, potem do żony, całuje żonę w policzek, kładzie piniądze na stół, ona je chowa skrzętnie do pudełeczka (ale wydziela mu kieszonkowe), daje mu jeść, idą spać, a potem znowu to samo.
Wiadomo, coś musi się stać. Stają się dwie rzeczy: w kontenerze (podobnym do tego, w którym facet z piłą zepsuł dzieciństwo Dextera) policja znajduje uchodźców i jeden z nich, młody chłopak, ucieka. Druga to choroba nowotworowa żony pucybuta. Te dwie rzeczy są wprowadzone bardzo naturalnie – życie bohatera niewiele się zmienia, bo on to wszystko robi naturalnie i bez wielkiego halo. Jest nawet taki fajny, z delikatną nutką cynizmu i dystansu do wszystkiego. I fajnie by było, tylko że oni wszyscy tacy są. To znaczy wszyscy aktorzy grają tak, jakby byli po raz pierwszy na planie. Nie modulują w ogóle głosów, jakby nie mieli emocji. Potem, po filmie, odbyła się dyskusja, z której dowiedziałam się, że TAK MIAŁO BYĆ, i że to jest znamienne da wielkiej sztuki Kaurismakiego. Miało, nie miało, było to dość denerwujące. Poza tym był jeszcze jeden zabieg, przez który czułam się jakbym Klan oglądała: oni wszyscy, ta cała społeczność z ulicy pucybuta – to jest podstarzała właścicielka baru w typie Marleny Dietrich, pijaki z baru (którzy okazują się być gwiazdami rocka), pucybut + żona, kumpel pucybut 2, właściciel sklepu z żoną, Yvette z piekarni (jako jedyna nie budziła swoją grą aktorską mojego obrzydzenia), a nawet Idrissa – młody zbieg z Gabonu są zajebiście grzeczni, uczciwi i uczynni, jakby zło traciło zasięg w tym miejscu. Mało tego, w polu rażenia Marxa dzieją się małe cuda – ale żeby się działy, trzeba się trochę napracować, gdzieś pójść, kogoś poprosić, coś zrobić, zorganizować. Tak czy owak ma się wrażenie – ja miałam wrażenie – że wymowa obrazu jest taka: Ty uwierz i zacznij działać, a świat ci się podłoży. Jakkolwiek by to nie było optymistyczne i może nawet dla niektórych mające znamiona katharsis, ja tego nie kupuję – zbyt gładkie postacie wkurwiają (nawet Idrissa doskonale mówi po francusku, jest grzeczny i cichy – kolejna postać z „Klanu”), dopatrzyłam się może dwóch ciekawych ujęć, sama historia banalna, co by tu jeszcze dodać…
Na samym końcu brakuje jebutnej tęczy, żeby dopełnić tego kiczu.

I wydawało by się, że napisałam właśnie temu filmowi najgorszą recenzję na świecie, ale mimo tych wszystkich rzeczy nie napiszę „nie idźcie na to”. Nie. Było tam coś Ameliowego, raczej popłuczyny poameliowe, ale można się dopatrzyć. Jest ciepełko społeczności, wobec którego jakos się nie przechodzi obojętnie. Może właśnie dobre naiwne zakończenie, tak niepopularne w kinie offowym, nie pozwala mi w ten obraz rzucić kamieniem? Może ludziom trzeba, żeby filmy dodawały im otuchy? Ten dodaje, ale w taki sposób, nie stapiam się z obrazem, z historią. Absurd, groteska. Ładne, ale przesadzone. Utopijne wręcz. Taki bad Disney.