2011, USA, reż. Cameron Crowe

Po trudnej dla mnie niedzieli, kiedy to musiałam się zmierzyć z depresją i poradzić sobie z kocią „alergią na sterylkowe szwy”, potrzebowałam czegoś kojącego. Nie zawahałam się ani chwili, kiedy przeczytałam kilka słów o filmie „Kupiliśmy zoo”. Dodatkową zachętą był dla mnie Matt Damon – jeszcze nie widziałam go w roli ojca.  A gra naprawdę rewelacyjnie. Oto zwykły facet, który musi poradzić sobie ze śmiercią żony i wychowaniem dzieci. Musi zmienić swoje życie, odciąć się od wspomnień, żeby nie zwariować.
I wpada na wariacki pomysł, żeby wykupić upadający interes – zoo. To „przeciętniak, który zebrał od losu cięgi i odnajduje w sobie powoli siłę do rozpoczęcia wszystkiego na nowo”. Trochę ściorany motyw, zwłaszcza kiedy jest się po lekturze książki o podobnej tematyce (radzenie sobie ze śmiercią ukochanego/ukochanej). Jednak nabiera niesamowitej świeżości w towarzystwie lwich i niedźwiedzich ryków, dobrych zdjęć  (Rodrigo Prieto) i muzyki, którą się lubi (Sigur Rós, a kiedy przewinął się też stary numer śpiewany przez Veddera „Hunger Strike”, poczułam się jak w domu). Cały czas czekałam na jakąś straszną scenę (ktoś pożre ich psa, córka Benjamina wsadzi rękę za kraty, kogoś zje wąż, etc.) zapominając że to film po części familijny. Faktycznie jednak takowa się pojawia, inaczej było by nudno! – o mało co nie dostałam zawału przy scenie z lwem Salomonem. Słuchajcie, to co musze powiedzieć – są cztery powody żeby zobaczyć ten film: Pierwszy to gra Maggie Elizabeth Jones (córeczka Bena) – jest słodka, kochana i niesamowicie naturalna, po prostu rozbraja! Drugi to postać McReady’ego (Angus Macfadyen – możecie go kojarzyć jako Lucjusza z Tytusa Andronikusa albo Czarnobrodego z filmu o tym samym tytule) – zwalistego, praktycznie nie trzeźwiejącego pracownika zoo, który jednak zna się na rzeczy (umierałam ze śmiechu), trzeci to muzyka, czwarty to gra Damona. Generalnie pomysł, ciepły klimat filmu i świadomość, że to film na faktach (i naprawdę gdzieś żyją tacy fajni, mądrzy ludzie) sprawia, że chcę go każdemu polecić. Film na niedzielę. Ja na nim bardzo skorzystałam.

Celowo nie wymieniłam postaci Kelly – gra ją Scarlett Johansson i to może być dla kogoś dodatkową atrakcją, jak dla mnie może być, choć trochę wkurzała mnie w scenie, kiedy Benjamin się jej zwierza, a ona głupawo się uśmiecha. Może miała się uśmiechać pocieszająco, ale dla mnie to było głupawo. No.