reż. Niels Arden Oplev, Dania, Szwecja, 2009.

Na podstawie książki Stiega Larssona (niestety nie czytałam). 

To w zasadzie cała trylogia i ta notka chyba powinna się odnosić do ekranizacji całości. II (Dziewczyna, która igrała z ogniem) i III część (Zamek z piasku, który runął) to w zasadzie kontynuacja, utrzymana w podobnym duchu.  

Historia jest wg mnie trochę bardziej amerykańska niż skandynawska. Wielowątkowość, seryjny morderca, kryminalna zagadka sprzed lat, którą rozwiązuje oczywiście nie jak zwykle beznadziejna policja, ale ambitny dziennikarz i dziewczyna z przeszłością i tatuażami. W kolejnych częściach pojawia się dawny ruski szpieg, tajna nielegalna sekcja starych dziadów na wysokich stołkach, twarda i odważna pani adwokat. To co znamy skądinąd.

Obawiam się jednak, że Amerykanie mogli z tego zrobić kolejny, może nawet niezły, ale ciągle typowy amerykański thriller czy kryminał. 

A u Szwedów wszystko jest inne. Chłodne i świetnej jakości. Jakieś lepsze, europejskie, bardziej wiarygodne i naturalne.

Główny bohater – dziennikarz Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) nie jest młodym i przystojnym ciachem, tylko takim trochę brzydkim kanciastym wielkim chłopem. Odważnym, inteligentnym i bezkompromisowym (chciałoby się rzec – taki nasz szukający prawdy i sprawiedliwości Bronek Wildstein, hahahahaha!), ale też słabym swoją słabością do skrytej Lisbeth. Zapada w pamięć, jest milion razy bardziej wyrazisty niż nawet najwspanialszy amerykański gwiazdor. Dziewczyna (Noomi Rapace) to nie jakaś panienka z namalowanym siniakiem, tylko prawdziwy freak z kolczykami na twarzy, wkurzająco zdziczała, nieprzyjemna i szorstka. Ciężkie dzieciństwo wyłazi z jej oczu, z jej twarzy, ruchów, gestów, chudości wytatuowanego ciała, a nie jest tylko dopowiedzianą przez narratora historyjką, sztucznie doklejoną do nieskazitelnej, choć niegrzecznie ucharakteryzowanej laleczki. Miałam wrażenie, że ta dziewczyna nie tylko gra Lisbeth, ale JEST Lisbeth.

Przekonali mnie. 

Ani przez chwilę się nie nudziłam. Cały czas odczuwa się napięcie. Akcja gna, ale nie pozostawia nas gdzieś w tyle, tylko pozwala za sobą podążyć. Żadnych fajerwerków, spektakularnych strzelanin, pościgów. Nic, co byłoby tak bzdurnie i amerykańsko niewiarygodne, naciągane, „zabili go i uciekł”. Krwawe sceny nakręcone są „po prostu”. Bez cenzury, ale też bez nadmiernego epatowania okrucieństwem. Just as they are.

W tym filmie nic nie jest przeinterpretowane ani też niedostatecznie wyeksploatowane. 

Dlatego ja też nic już nie dodaję, tylko mówię – obejrzyjcie sobie i dajcie się wciągnąć w trzy świetne i rzetelnie zrobione filmy.

by jaskrawa