rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

USA, 2010, reż. Dominic Sena


Łel, piszę o tym filmie tylko po to, żeby wyrzucić z siebie negatywne emocje. Albowiem czuję się intelektualnie zgwałcony przez twórców. Film jest tak słaby, że aż się człowiek zastanawia, czy może został zrobiony dla widzów jakiegoś innego niż homo sapiens gatunku.
Ciekawy jestem, kto jest agentem Nicolasa Cage’a i czy oni czytają i wybierają scenariusze po pijaku, na haju, dla szmalu czy się wygłupiają? A może Nicolas Cage jest tak słabym aktorem, że musi grać w takich kiepskich filmach, żeby jakoś wyżyć do pierszego?
W moim odczuciu Polowanie na czarownice jest obrazą dla inteligentnego widza. Scenariusz schematyczny, a sam schemat zbudowany z klisz, z klocków, z katalogu elementów typowych niczym Katalog Elementów Typowych Ursynowskiej Fabryki Domów Wielkopłytowych. Toporne sceny, toporny ciąg wydarzeń, toporna logika, nachalny ciąg przyczynowo-skutkowy.
Kolejny beznadziejny film, w którym Nicolas Cage ratuje świat i jedyna fajna scena to ta, w której Nicolas Cage mówi swemu przyjacielowi coś w stylu: Znów ratuję ci tyłek, jak sto razy wcześniej. Cóż za autoironia, hahahaha.
Nie idźcie na to.
by marecki

USA, 2009, scen. i reż. Scott Cooper

Gdybym miał streścić w dwóch słowach, powiedziałbym: prosta historia. Ale w jakiś tajemniczy sposób ta prosta historia porusza, rezonuje, pobrzmiewa w różnych tonacjach. Chociaż w rzeczy samej jest dość prosta.
Bad Blake, podstarzały gwiazdor country, odcina kupony dawnej sławy, grając koncerty w podrzędnych knajpach. Chleje whisky i stacza się coraz niżej. Życie osobiste w ruinie od lat, życie zawodowe na krawędzi ostatecznego upadku.
I oto Bad poznaje kobietę, która może odmienić jego życie. Czy będą żyli długo i szczęśliwie? Aż tak prosta historia to to nie jest. Ale nie da się ukryć, że przypomina nieco telewizyjne kino familijne w niedzielne popołudnie. Ludzki dramat, cierpienie, nadzieja i wreszcie szczęśliwe zakończenie. Schemat. Tutaj też jest coś z tego schematu, choć zakończenie nie poddaje się regule happy endu. Ale jest przede wszystkim Jeff Bridges z absolutnie zasłużonym Oskarem za tę rolę. Stuprocentowo autentyczny jako przegrany i zmęczony życiem, i równie prawdziwy jako człowiek, któremu udało odbić się od dna.
Właśnie ze względu na główną rolę film przeskoczył u mnie z kategorii filmu na niedzielę do kategorii idźcie na to.
by crazy marecki

USA 2010, reż. Florian Henckel von Donnersmarck

Obejrzane w ramach wieczornego odmóżdżenia, a głównym czynnikiem powodującym wybór tego czegoś był Johnny Depp. I trzeba było pozostac na patrzeniu na plakat z Johnnym, darując sobie resztę.

Zaczyna się tak, że Angelina „Poker Face” Jolie, którą śledzą wszyscy policjanci w okolicy, wsiada do pociągu Paryż-Wenecja i zagaduje jadącego nim turystę, którego oczywiście gra Johnny. Johnny jest skromnym nauczycielem matematyki, któremu niemalże dech odbiera widok pięknej (?) Angeliny. A z Angeliny, jak się okazuje, jest kawał cholery, bo Johnny’ego używa podle, sprawiając, że policja i ruskie bandziory uważają go za poszukiwanego Wyłudzacza Wielkiej Kasy. Biedny Johnny ucieka przed ruskimi bandziorami, lata za boską Angeliną, za nimi z kolei biega policja, wszyscy gonią wszystkich, a Johnny’ego starają się zabić. Pływają przy tym na łódkach i motorówkach, żeby było wiadomo, że jesteśmy w Wenecji.

Ale to dopiero od połowy filmu, bo do połowy się rozkręca. I w zasadzie dopóki się tylko rozkręca, to jeszcze da się oglądać. Potem jest tylko gorzej. I nawet Johnny tego nie ratuje. Główną tajemnice i wielki zwrot akcji można rozgryźć najdalej w czterdziestej minucie, wątki romansowe sprawiają, że człowiekowi zbiera się na mdłości i ma się ochotę wstać i wyjść albo wyłączyć komputer.

Brrr. Będę miała uraz do Johnny’ego, przynajmniej dopóki Burton z nim czegoś nowego nie nakręci.

I już wiem, skąd moja wielka niechęć do Boskiej Angeliny. Boska Angelina nie ma mimiki. Szczytem zmiany wyrazu twarzy Boskiej Angeliny jest machanie nozdrzami, więcej się nie rusza. Angelina zła: rusza się lewe nozdrze. Angelina przestraszona: rusza się prawe nozdrze. Angelina smutna lub zakochana: rozchylają się delikatnie oba.

Idę włączyć kreskówki. Tam przynajmniej jest więcej treści i suspensu.

by agatka

Solista

Francja, USA, Wielka Brytania, 2009

 

 Nie ma tutaj szansy na oddech. Bezdech myśli łączy się z bezdechem  myśli Nathaniela. To grajek o dwustrunowych skrzypcach grający pod pomnikiem Beethovena na jednej z ulic Los Angeles. Tam spotykają się po raz pierwszy dwóch mężczyzn, którzy nie muszą zostać przyjaciółmi, choć jeden bardzo tego chce. Myśli Nathaniela nie są jednak tak łatwe, by przyswoić się do świata do którego należał, woli żyć na ulicy i grać pokątnie. Jego świat zapakowany w marketowy wózek przesuwa się razem z nim snując melodię Beethovena po ulicach LA. To film, który daje myśliwo, nakręca nas do tworzenia, podawania dłoni innym, choć film nie jest tylko o tym, bo indywiduum Nathaniela nie zaciera się. Jego schizofrenia drąży się w nas podczas ciągłego oglądania. Głosy w jego głowie nie dają nam dobrego zakończenia filmu, nie dają żadnego i tak też i jest prawie do końca. To pełen napięcia, prawdziwy obraz znaleźnej przyjaźni Steve`a Lopeza – dziennikarza Los Angeles Times i ulicznego grajka. Nie jest to komercyjny zapychacz jakich pełno w kinach; cieszy to, że historia oparta jest na faktach ( sam zerknąłem kątem oka na wydane przez Lopeza książki…narazie w Googlach . Tfu! Lenistwo). Steve Lopez napisał bowiem książkę o swojej przyjaźni i właśnie tę ksiązkę postanowił opisać reżyser na którego nazwisko spojrzałem z szacunkiem tuż po ostatnich sekundach filmowej wizji : Joe Wright

by wnimanie-paeti

USA, 2010, reż. Joseph Kosinski
Po jakichś 10 minutach filmu pomyślałam: Rany, co za pierdy!
Nie zmieniłam zdania po obejrzeniu całości.
Scenariusz do bani. Naiwna i schematyczna historyjka kompletnie nie trzyma się kupy. Bohaterowie dostali się do cybersprzestrzeni, ale ta cyberprzestrzeń rządzi się własnymi prawami. Są momenty, że można w zasadzie fruwać, ale są też takie, gdzie jakoś nie można. Można sobie stworzyć świetlny pojazd, a innym razem pada się bezbronnie na twarz. Logika tworzona według zapotrzebowania na momenty grozy i momenty triumfu. To tak, jakby Gandalf raz potrafił czarować, a innym razem nie, aby nie wszystko mu się od razu udało i aby film mógł być emocjonujący.
Wątek emocjonalny – ojciec opuszcza syna, potem się spotykają, potem znów muszą zdecydować o rozstaniu – zagrane nijak, w ogóle nie zagrane w zasadzie. W tym filmie mógłby zagrać każdy, nawet Krzysio Ibisz. Tu akurat gra Jeff Bridges, co nie ma najmniejszego znaczenia. W dodatku wbili go w kostium mistrza zen, pewnie chcieli dodać małą szczyptę jakiejś głębi lub filozofii, kompletnie im to nie wyszło, bo głębi tu tyle co w pierwszej lepszej strzelance na konsoli.
Główną rolę grają tu Efekty Specjalne. Są mistrzowskie. Świetliste, szklane, metalowe. Błyszczą jak kryształy oprawione w platynę. A tą platyną jest muzyka Daft Punk, rozwala na obie łopatki. Jest klimat. Bardzo spójny, jednolity, wszystko do siebie idealnie pasuje, jak na doskonale ubranej kobiecie. Nie ma przesady we wzorach i kolorach, jak było np. w Avatarze.
Napisałabym „nie idźcie na to”, ale jeśli kogoś kręci serial pt. „Co nowego w efektach specjalnych”, to se może zobaczyć. Dlatego „bardziej forma niż treść”. Chociaż tutaj treści nie ma, jest jedynie forma.

by jaskrawa


  • RSS