Scenariusz i reżyseria:  Oren Peli

Miałam to opisać tuż po obejrzeniu, żeby na gorąco przekazać wszystkie emocje, ale najpierw hasło gdzieś się w głowie zapodziało, a potem święta i brak czasu.
Ale do rzeczy.
Jak wiadomo, horrory oglądam namiętnie. Ot tak, jako rozrywkę między pracą a kolacją. Nie ruszają mnie litry czerwonej farby, wyskakujące z szafy zombie i obcy buszujący w zbożu.
W ogóle mało co mnie rusza.

Aż tu nagle:
ruszyło!

Zaczyna się niewinnie, jak tysiąc pińcet podobnych filmów. On, Micah (Micah Sloat), i ona, Katie (Katie Featherston), szczęśliwi, młodzi i niebrzydcy Amerykanie, wprowadzają się razem do pewnego domu. A w domu – na to wygląda – straszy. Albo i nie w domu, bo jak się okazuje, ją straszyło i wcześniej.
O wszystkim dowiadujemy się dzięki „amatorskiej” kamerze, którą chłopak ustawia w sypialni, żeby rejestrować dziwne zdarzenia. Tą kamerą nagrywany jest cały film – widzimy tyle, ile widzi jej obiektyw.
I właściwie nic się nie dzieje. Kompletnie. Żadnych duchów, potworów, nic. Ot, drzwi zaskrzypią. Albo dziewczyna się obudzi w nocy z krzykiem, bo miała zły sen. Albo stoi przez kilka godzin nad łóżkiem. Żadnych efektów specjalnych, żadnej czerwonej farby.
Ale wszystko jest tak dawkowane, tak pokazane, że człowiek musi oderwać wreszcie wzrok od ekranu, wstać, iść siku, herbatę wypić, cokolwiek, żeby zachować dystans.
Nie obejrzałabym tego, siedząc sama w domu. Ni cholery.
I chyba nie tylko ja, bo znam osoby które wyłączały przed końcem.

Sposób nagrywania, stylizacja na dokument, oszczędność środków kojarzy się z „Blair Witch Project”.
Ale straszy dużo bardziej.

Kobietom w ciąży i zawałowcom odradzam.
A sama czekam z utęsknieniem na wolną chwilę, żeby zobaczyć dwójkę. Podobno nie ma rozczarowania, choć trochę mnie niepokoi zmiana reżysera.

Jeszcze ciekawostka – film ma alternatywne zakończenia, więc można obejrzeć kilka razy, jeśli ktoś ma wielką ochotę.

by agatka