rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2010

Niemcy, Polska, 2009, reż. Bartosz Konopka

Film o królikach, które żyją w sąsiedztwie muru
berlińskiego, a w zasadzie w pasie pomiędzy wschodem i zachodem państwa
niemieckiego. Zza kadru dobiega ożywcza i humorystyczna narracja o życiu
królików (w wersji polskiej niesamowita głosowo, znana z najlepszych
przyrodniczych filmów i nie tylko – Krystyna Czubówna), która łączy się a potem
przeradza w opowieść o życiu ludzi, mieszkańców NRD. Nikt by nie pomyślał, że
małe, puchate, wiecznie ruszające noskami zwierzaki mogą dźwigać na swych niepozornych
pleckach niezły kawał historii współczesnej Europy.

No właśnie, jak odnieść się do tego filmu? Mam mieszane
uczucia. Z jednej strony wiem, że zamierzona i celowa jedna wielka analogia, a
z drugiej strony coś nie halo z tym filmem, wg mnie. Wzruszył do cna, bo jestem
przyjacielem pewnej cudownej, ponad siedmioletniej królicy i zwierzaki te są mi
bliskie na wskroś (coś jak koty kociarzom, psy psiarzom itd.). Abstrahując… Pomysł
na film cudowny, posiada potencjał, nowość, ikrę, wspaniałe powiązanie
dokumentu przyrodniczego (cudne króliki) z historycznym (upadek muru
berlińskiego), ale… no właśnie to małe „ale” mi przeszkadza. Pomysł przedni,
montaż świetny, ciąg myślowy jednorodny, ale za dużo prostych porównań/skojarzeń,
coś jak pogadanka dla nastolatka. Całokształt ciut zbyt nachalny i płaski dla
myślącego widza (a takich nie brak), ale jednak zamysł i zaczyn tego filmu
warty obejrzenia.

Po namyśle stwierdzam, że jednak nie jest nachalny i płaski
pod kątem widza międzynarodowego, bo o ile dla Polki/a historia muru i Niemiec,
komunizm czy konsekwencja ówczesnych wydarzeń jest oczywista i jest moją/naszą
historią, to dla kogoś z Portugalii czy Stanów nie bardzo. Zdecydowanie lepiej
opowiedzieć wszystko od początku i po prostu, przecież film ma być dla
wszystkich, nie tylko dla ludzi z naszej części Europy.  

by kamol

USA, 2009, reż. Jason Reitman
Film nominowany był do tegorocznego Oscara w sześciu kategoriach, nie zdobył żadnej statuetki.
Mówi się trudno i żyje się dalej, jak mawiają filozofowie.
Bardzo fajny film, pomyślałam, gdy wychodziłam z kina. Nie spowodował u mnie zapaści nerwowej, palpitacji serca, nie uroniłam ani jednej łzy, nie byłam też całkowicie zachwycona i nie rzuciłam stanikiem w ekran wyświetlający George’a Clooney’a. Jednak ani przez moment nie czekałam na koniec, tylko patrzyłam z ogromnym zainteresowaniem, jak to się dalej potoczy.
Już czołówka jest niezła, leci przykuwająca uwagę piosenka i widzimy coś, co na co dzień ogląda główny bohater – widok z samolotu.
George Clooney gra bowiem gościa, którego praca wymaga w zasadzie codziennych lotów tam i siam, i zwalnianiu ludzi w imieniu tych, którzy nie mają dość jaj, by zrobić to samemu (chyba nawet tak to określają w samym filmie). Zajęcie głównego bohatera jest jak dobra przyprawa.
Wszystko idzie gładko, trwa poukładane życie niczym białe podkoszulki w walizce, a tu nagle pojawiają się Nieprzewidziane Okoliczności.
Jak łatwo się domyślić, zdarza się kobieta. A nawet dwie (Vera Farmiga i Anna Kendrick)! Jedna chce zrobić rewolucję w jego życiu zawodowym, druga wpływa znacząco na jego życie uczuciowe, którego do tej pory w zasadzie nie było.
Główny bohater stoi więc w obliczu wielkich zmian i przed wyborem, przed którym stoi każdy z nas, kto w ogóle jest w stanie się nad tym zastanowić. Żona, dzieci, radość, szczęście i obciążenia czy fruwanie sobie bez tego bagażu?
Trudny wybór, prawda? A tu okazuje się, że życie i tak wybierze za nas.
No piękne jest to wszystko! Dobrze ułożony zestaw symboli i metafor. Te jego walizki poukładane, wszystko tak, aby jak najmilej, jak najszybciej, a tu niestety pojawiają się przeszkody pod różnymi postaciami. Bardzo prosta może się wydawać konstrukcja tego scenariusza, ale gdy się jej dobrze przyjrzeć, to widać wyraźnie kilka poziomów (co najmniej dwa!). Wszystko toczy się we właściwym tempie, bez fajerwerków, zbędnych wzruszeń, banalnego zakończenia.
A jak grali? Clooney jak zwykle – przystojny, w inteligentny i nienarzucający sposób zabawny, prawdziwy facet, który wie, jak się zachować w każdej sytuacji, zdecydowany i męski, ale uroczy. Stary, ale młody. Nie można było wybrać lepiej.
Dwie panie: Obie bardzo wyraźne i nie toną w cieniu Clooneya. Młoda dobrze zagrała młodą, której jeszcze się chce, jeszcze ma marzenia, jeszcze jest zaangażowana, bez dystansu. Ekstra. Trudno jest grać rolę „podwójnie” – kogoś, kto gra kogoś, kim jeszcze nie jest. A Vera Farmiga jest pełna klasy, uroku i dystansu, podobnie zresztą jak Clooney.
Widać, że dobrze się zastanowili nad doborem obsady.
Nie wiekopomne arcydzieło, ale produkt wysokiej jakości przeznaczony dla dużej grupy widzów.

by jaskrawa

USA, 2010, reż. Tim Burton

Uwielbiam Alicję, uwielbiam Burtona, uwielbiam Deppa, a to oznaczało, że z pewnością obejrzę dzieło na jednym z pierwszych możliwych seansów. I obejrzałam. 

TA Alicja stała się poważną konkurencją dla wersji Nicka Willinga z 1999 roku, z Mirandą Richardson w roli Królowej Kier, Tiną Majorino w roli Alicji, Whoopi Goldberg – Kota z Cheshire, a Martina Shorta w roli Szalonego Kapelusznika. I ci ludzie zrobili wtedy kawał dobrej roboty. I ta adaptacja jest mniej-więcej zgodna z książką Carrolla. Pardon, książkami! – bo film Willinga łączy dwie książki w jedną historię. 

Film Burtona jedynie bazuje na znanych wszystkim przygodach Alicji, bo Alicja dorosła. Dorosła, ale wciąż śni ten sam sen. Kiedy wpada do króliczej nory, zmniejsza się, zwiększa i spotyka te wszystkie fantastyczne postacie, nie bardzo jeszcze jarzy, nie wszystkich  rozpoznaje. A oni ją – owszem, mało tego, uważają, że jest ona najbardziej odpowiednią osobą, aby wybawić ich świat od przekleństwa złej królowej. W tym miejscu przestało mi się podobać, bo zaczęło się mieszać z Narnią, czekałam więc niecierpliwie na pojawienie się Szalonego Kapelusznika (Johnny Depp). Pojawił się, oczywiście, z powierzchownością, którą będą teraz kopiować wszystkie wizażystki świata (rude włosy, zielone oczy, niebieski cień na górnej powiece, magenta na dolnej, plus biała mascara do rzęs i malinowa pomadka, zapamiętać). I wszystko było pięknie, dopóki nie odezwał się… głosem Pazury (o Magdaleno! dlaczego nie powiedziałaś mi że wybrałaś wersję z dupingiem?!! dlaczegooo!?!?). Tak, moi mili, głosem Pazury. TEGO Pazury. Cezarego Pazury. Dobrze, że nie jadłam żadnych chipsów i popcornów, bo żołądek wykonał w tym momencie skomplikowaną akrobację. Właściwie na tym mogłabym zakończyć recenzję, bo jednak Kapelusznik sporo mówi w tym filmie. Całe szczęście, że momentami mówi tak trudne rzeczy, że mózg przestaje się martwić, że mówi to pedalskim głosem Pazury.

I całe szczęście, że Bóg stworzył Helenę Bonham Carter, która tak świetnie zagrała rolę Królowej Kier (oczywiste, że to ona zagrała Królową, to ulubiona ulubiona aktorka i ulubiona konkubina Burtona), że trochę bałam się śmiać z jej absurdalnych królewskich sekretów (i jej ogromnej głowy. I żartów Kapelusznika na temat jej ogromnej głowy. Jeśli tylko wyjdzie film dokumentalny pt. „Jak robiliśmy Alicję w Krainie Czarów„, chcę go obejrzeć) . I że stworzył Katarzynę Figurę. Tak, nie mylicie się, Królową podkłada Figura i podkłada głos tak genialnie, że dziękuję Bogu, że stworzył Helenę Bonham Carter, żeby mogła zagrać Królową Kier, żeby Figura mogła podkładać pod nią głos w polskim dupingu. Po raz pierwszy widzę, a raczej słyszę, że pani K. F. to prawdziwa aktorka.

Bardzo ubawili mnie też bliźniacy Dyludyludi i Dyludyludam. I Pan, który podkładał pod nich głos, Jan Wecsile. I nie rozpoznałam Jana Peszka, który użyczył głosu Kotu z Cheshire.

Czyli generalnie dużo dobrej zabawy i ładnie „zrobione” postacie. Mistrzowskie kostiumy (Królowa Kier, Kapelusznik, Alicja), Kolorowe stwory. I najważniejsze zostawiam na koniec. Technika 3-D. To cholerny plus filmu. Idziesz z Alicją przez ciemny las i palmy ocierają ci się o ramię. Chyba jednak nie do końca o takie efekty wizualne mi chodziło, kiedy wpadałam do króliczej nory…

Ciągle nie mogę skończyć tej recenzji, to chyba znaczy, że warto pójść i zobaczyć. Waham się, czy by nie pójść jeszcze raz na wersję bez dupingu tylko po to, żeby usłyszeć Deppa i Bonham Carter.  Idźcie też.

by rit

USA, 2000, reż. Christopher Nolan
Znowu nadrabiam zaległości z początku wieku, kiedy nie miałam kasy na kino, nie miałam odtwarzacza kaset video, jedynym źródłem pirackich płyt z filmami był mój chłopak, który lubił oglądać jakieś gnioty, chodziłam jeszcze do liceum i interesowały mnie tylko książki o łagrach i obozach, picie piwa na wagarach i antykoncepcja. Ja zresztą do tej pory mam w dupie nowości i oglądam to, co akurat mi wpadnie w oko w wypożyczalni albo u staczy. Kiepska ze mnie Rzutniczka. Tak czy owak – Memento nie mamy jeszcze w swoich archiwach, więc korzystam z okazji wyprodukowania się.

Najważniejsze fakty: Główny bohater cierpi na brak pamięci krótkotrwałej. Cierpi tym bardziej, że jego głównym zajęciem jest prywatne śledztwo, którego celem jest znalezienie i zabicie gwałciciela i mordercy jego żony.
Drugi najważniejszy fakt: Całą akcję filmu tworzy oczywiście śledztwo prowadzone przez naszego bohatera, ale pokazane odwrotnie, jeśli chodzi o chronologię zdarzeń. Świetny pomysł na uatrakcyjnienie banalnego scenariusza, nieprawdaż?
Jeśli ktoś lubi kryminalne zagadki, których rozwiązanie jest dodatkowo utrudnione, to na pewno będzie się dobrze bawił.
Jeśli ktoś woli dobrą grę aktorską, wzruszenia, emocje, identyfikację z bohaterem, przeżywanie obrazu przez pryzmat własnych doświadczeń, filozofię, jakąś myśl, refleksję, nieco inne rozwiązania jeśli chodzi o kamerę, ujęcia, budowanie klimatu, to szkoda czasu na ten film.
Cały jego myk polega według mnie na odwróceniu akcji (to jest dobry pomysł, przyznaję) i użyciu dość oryginalnego motywu z brakiem pamięci krótkotrwałej. Nic więcej tam nie ma. Jest za to banał i kicz gotyckich tatuaży, goła klata ślicznego chłopca (fizjonomia Jacka – bankowca z Klanu, który trochę nastroszył sobie grzeczną fryzurkę, żeby być trochę niegrzecznym na potrzeby bycia kilerem – amatorem), skupionego na swojej prywatnej zemście, niczym bohater taniego westernu, banały o zamordowanej żonie, że tak jej brakuje mu (auuu!), bo była i pamięta każdy detal (piękna była i w ogóle była, nic więcej się nie dowiadujemy, czemu tak bardzo jej żal, dziecinki), żałosny, psychopatyczny, wąsaty policjant w Rapist Glasses (wygląda prawie upełnie jak koleś zrobiony przez Jona Lajoie, brakuje mu jeszcze Pedophile Beard! http://www.youtube.com/watch?v=15S0g8pG6HU – koniecznie obejrzyjcie, zrozumiecie, o co mi chodzi :D).
Co jeszcze jest?
Trochę się ganiają, najazd na Gołą Klatę, wybita szyba w jaguarze, budynek na pustkowiu, znowu ta sama scena, co już była, żeby podkreślić, że już była, mimo, że bohater nie wie, że to już było, najazd na Gołą Klatę, czarno-białe wstawki (jak nie wiesz, jak zrobić film dla intelektualistów, to zrób część scen czarno-białych, wyjdzie lepiej) tani motel, zdjęcia z polaroidu, podpisane hasłami (taaaa…na pewno ktoś, kto ma zanik pamięci połapałby się o co chodzi w tych sloganach wypisywanych na Gołej Klacie, gówno tam, a nie by się połapał, nawet by nie wiedział, dlaczego je ma, zupełnie odrealnione to śledztwo), Ładna Pani, co pomaga i pomoże też Jackowi pokazać widzowi Gołą Klatę i Tatuaże, znowu tani motel, znowu wybita szyba, banalne riposty gogusia Jacka z niegrzeczną fryzurką, niby mające pokazać, jaki to z niego kowboj, zmierzający znikąd donikąd chyba i nie dbający o nikogo, prócz zemsty, najazd na Gołą Klatę, znowu tani motel, polaroidy and stuff.

Kiedy koniec?
W końcu jest koniec i nagle okazuje się (chyba, bo tu trochę już przysypiałam), że wszyscy robili naszego Jacka w chuja. Jeśli wpadłeś na to zanim skończył się film, możesz być z siebie dumny.

Można było dużo lepiej zrobić film, bazujący na tak dobrym pomyśle, ot co.
Dodaję do „dziwne jakieś”, bo nie wiem, gdzie dodać, a film dziwny jakiś.

by przysypiająca jaskrawa

Polska, 2010, reż. Juliusz Machulski.


Prawdę mówiąc wcale nie zamierzałam iść na „Kołysankę” tylko na „Randkę w ciemno”, bo w „Randce w ciemno” statystowałam (tak tak, jak byłam w Londynie to trafiła mi się praca po godzinach ;), a w „Kołysance” nie. Poza tym nie jestem miłośniczką Machulskiego (i mam w dupie komentarze „no coo tyy, ‚Seksmisja’ ci się nie podobała?”).
Koniec końców skusiły mnie dobre recenzje filmu.

Jest to komedia, jak to u Machulskiego. Plakaty sugerują, iż mamy do czynienia z przeniesioną w polskie realia rodziną Adamsów i tak właśnie jest.
W mazurskim wypiździjewie pojawiają się znikąd pani, pan, ojciec pana i trójka dzieci. Wszyscy głodni oczywiście, więc w wiosce zaraz po osiedleniu się nowo przybyłych zaczynają znikać ludzie. A to listonosz, a to ksiądz z ministrantem, a to Niemiec, co chce ziemię wykupić, a to pani z opieki społecznej (Ewa Ziętek lepiej wypada w roli pani z opieki społecznej niż właścicielki restauracji).
Nikt nikogo nie zabija, to jest kino familijne i wszystko odbywa się dość humanitarnie. Państwo Makarewiczowie trzymają świeże pożywienie w stodole.
Kiedy usłyszałam wesoło brzmiące „Dzieci, ooobiad!” spadłam ze stołka.
Jest kilka niezłych gagów zaiste, ale film byłby niczym, gdyby nie postać dziadka (Janusz Chabior), zramolałego, z długimi włosami, krnąbrnego, takiego, co to „swoje wie”. Dziadek sprawia, że akcja się posuwa żwawo (bez skojarzeń), bo ci co to swoje wiedzą, lubią generować problemy.
Wszystko co dobre w tym filmie psują policjanci.
Bo trzeba wam wiedzieć, że kiedy znikają ludzie, policja dostaje zgłoszenia o zaginięciach.
I interweniuje. Ta policja jest do przesady zaściankowa i tak głupia, że chwilami wydawało mi się, że ktoś przez przypadek włączył „13 posterunek”. A to przecież „Kołysanka”. Nie mam pojęcia skąd się wziął tytuł. Trochę mnie to męczy.

Kończąc, powiem jeszcze, że byłam urzeczona pejzażem mazurskiego wypiździjewa. Nie sądziłam że wampiry mogą tak dobrze skomponować się z Mazurami. Byłam mile zaskoczona.
Ładne obrazy, as w rękawie – dziadek, genialne (niby przewidywalne, a jednak genialne) zakończenie i tylko policjanci zjebani.
Waham się, ale daję jednak kategorię „film na niedzielę”.
Bo fajnie się oglądało. Gładko, miło, przyjemnie. Zdecydowanie na niedzielę.

by rit


  • RSS