rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010

Austra, Niemcy, Włochy, 2004, reż. Oliver Hirschbiegel
Pewnie wszyscy widzieli, ja dopiero teraz.
Ostatnie dni Hitlera w Berlinie. Armia Czerwona wdziera się do już niemal do gniazda wroga.
Jak zachowuje się fuhrer, gdy jego armia jest zdziesiątkowana i nie ma szans na ratunek? To ciekawe, móc podejrzeć diabły w dniu ich upadku. Dobry pomysł na scenariusz; pozwolić popatrzeć z satysfakcją na to, jak kończy człowiek, przez którego cierpiały i umierały w męczarniach miliony. Nie jestem w stanie ocenić, na ile wierny to dokument, ale muszę przyznać, że wygląda wiarygodnie. Hitler jest pokazany jako człowiek o dwóch obliczach – szaleniec, do końca wierzący w swoją zbrodniczą misję, a jednocześnie troskliwy wujaszek, uprzejmy i wręcz ciepły dżentelmen, tchórz w obliczu nadchodzącej śmierci. Wykrzykuje histerycznie, że tak słaby naród, który pozwolił sobie na przegraną, musi ulec eksterminacji i nie zasługuje na przetrwanie, a jednocześnie, szeptem, pyta lekarza, jak zabić się, aby nie poczuć nawet odrobiny bólu. Kontrast ten jest bardzo widoczny w filmie, co czyni go dość interesującym obrazem.
Nie ma tu jednak nic zachwycającego, wzruszającego, ot, po prostu rzetelny przekaz piekła z końca wojny. Ostrzeliwany Berlin, cierpienie cywilów, męka rannych, od których odwraca się przez jednych ukochany, przez innych znienawidzony wódz – szaleniec, tchórz i egoista totalny. Scenarzysta nie szczędzi nam okrutnych scen obcinania w warunkach polowych kończyn na żywca, chce zaszokować wstrząsającą sceną, w której pani Goebbels z kamienną twarzą otruwa wszystkie swoje blondwłose dzieci. Z równie zimną krwią na to patrzymy. Znamy historię, nie byliśmy bezpośrednimi świadkami tamtych zdarzeń, ale każdy z nas widział już tak wiele filmów pokazujących wojenne okrucieństwo, że (prawie) nie robi to na nas wrażenia.
Staram się wyobrazić sobie, czym byłby dla mnie ten film, gdybym była zupełnie nieświadoma tego, co dzieje się z ludźmi podczas wojny, gdybym nie przeczytała na ten temat nic, nie widziała ani jednego zdjęcia czy filmu, była wolna od doświadczeń pochodzących z różnego rodzaju relacji i dokumentów, czysta niczym książe Siddharta w pałacu swojego ojca. Pewnie dostałabym ataku histerii od samego oglądania.
A tak co? Nic. Smutno mi, że to wszystko się wydarzyło, widziałam Kolejny Film o Wojnie, nie mam żadnych nowych wniosków na jej temat.
Z echem – ze względu na to, że tym razem pokazują cierpienie tych złych, a nie dobrych. Bez echa – bo to znowu ta potworna wojna z poprzednich filmów.

by jaskrawa

USA, 2004, reż. Davis Guggenheim
To film dokumentalny, żeby nie było żadnych wątpliwości, co znaczy, że zobaczymy bohaterów grających samych siebie.
Spotyka się trzech gitarzystów wszechczasów. Jimmy Page (przede wszystkim Led Zeppelin), The Edge z U2 i Jack White z The White Stripes. Rozmawiać mają, rzecz jasna, o graniu na gitarze.
Na liście 100 gitarzystów wszechczasów magazynu Rolling Stone z 2003 roku wszyscy zajmują wysokie miejsca.
Jimmy Page – dziewiąte, Jack White – siedemnaste, The Edge – dwudzieste czwarte.
Co?
Pierwszy raz przyjrzałam się tak dokładnie temu rankingowi i trochę mnie to zaskoczyło, że gościu z White Stripes jest wyżej od Edge’a. Tzn. dobra, nawet ja, całkowity laik, jeśli chodzi o muzykę, wiem, że White Stripes to wielka gwiazda itd., ale żeby przebić cudowne, „przestrzenne”, niepowtarzalne, sprawiające, że małe włoski na rękach stają dęba, brzmienie gitar U2, to trzeba być co najmniej Kirkiem Hammetem (który zresztą jest wyżej, niż ci dwaj).
Mniejsza o to, to pewnie wszystko dlatego, że RS jest amerykańskim pismem.

Panowie spotykają się i gadają, ale w filmie, prócz gadania, jest przede wszystkim granie. Głośne, soczyste, najlepsze rockowe granie na świecie. Mimo, że centralnym zdarzeniem jest spotkanie genialnej trójki, nie jest to statyczny dokument z jednego studia, niczym talk show w telewizorze. Co chwila przenosimy się w czasie i przestrzeni. Możemy zobaczyć angielską prowincję początku lat sześćdziesiątych i nastoletniego James’a Page’a grającego na szkolnych imprezach, wędrujemy też do biednego Detroit lat siedemdziesiątych, gdzie Jack White dorasta sobie wśród licznego muzycznego rodzeństwa, a w swoim maleńkim pokoiku ma dwie perkusje zamiast łóżka, w końcu śpiewamy wraz z Edge’m Bloody Sunday i odczuwamy smutną, patriotyczną solidarność. Aby nie było nudno, obrazy ze studia przeplecione są tymi z „terenu”, zdjęciami archiwalnymi, nagraniami z koncertów, z ulubionych miejsc, a nawet prostymi animacjami. Cała przeplatanka dość dobrze trzyma się kupy, mimo, że gdzieś tam zdarzył się moment, gdy miałam wrażenie, że jeden element nie bardzo wynika z drugiego; jakiś motyw się kończy, spodziewamy się kontynuacji wątku, a jednak pojawia się coś z innej beczki, gdy tej innej beczki nie zapowiedziały nam pojawiające się tytuły poszczególnych części filmu. Ale to nic nie szkodzi.
Każdy z artystów ma długą historię do opowiedzenia (i tak, rzecz jasna, dowiadujemy się tylko części); o swoich początkach, pierwszych instrumentach (czasem wykonanych własnoręcznie), ulubionych instrumentach, skąd się one wzięły, zrządzeniach losu, ważnych wyborach, przeszkodach, które musieli pokonać, zatem film podzielony jest na kilka wątków. Nie jest to zbyt łzawe, raczej dokumentalne, proste i bez zbędnych wniosków. Wyważona dawka sentymentalnych nutek.
Mamy trzech bardzo doświadczonych muzyków, a jednocześnie wrażenie, że są trochę jak trzej chłopcy, z których każdy odkrył własny sposób użytkowania pewnej zabawki, a teraz jeden przez drugiego chwalą się swoimi pomysłami. White nawet tworzy piosenkę w trakcie nagrania, żeby pokazać, jak to u niego wygląda. Nie ma żadnej rywalizacji, raczej twórcza konfrontacja. Jednocześnie czuje się, że to gwiazdy i każdy na swój sposób trochę stara się skupić uwagę na sobie, chociaż bez zadzierania nosa. W zasadzie widzimy nie jeden, a trzy filmy, każdy ze swoją centralną postacią i dość chronologicznie ułożoną opowieścią.
W trakcie oglądania chce się zostać w kinie i oglądać dalej, ale chce się też natychmiast pobiec do domu i włączyć sobie płytę.
Idźcie na to.
by jaskrawa


  • RSS