rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2010

USA, 2004, reż. Zach Braff

W zasadzie prosta historia o skomplikowanych rzeczach. Młody człowiek wraca do rodzinnej mieściny w dość smętnych okolicznościach – na pogrzeb matki. Wraca też do siebie sprzed lat, do starych znajomości, do świata z którego po troszę uciekł a po troszę go wygnano.

Opowieść o zagubieniu, o powrocie, o poszukiwaniu straconego czasu i straconego siebie. Melancholijna, ale dość ciepła, nieco sentymentalna, ale i z dystansem, nieco ironiczna, nie brakuje humoru. Fantastyczne zdjęcia – świetne światło, ciepłe kolory, szerokie kadry.

Świetna muzyka. Soundtrack z tego filmu to jedna z moich ulubionych płyt. Chociaż umarłem ze śmiechu, odkrywając, że jedna z najsmutniejszych piosenek świata – I just don’t think I’ll ever get over you Colina Haya – została wykorzystana w scenie pogrzebu… chomika!

Film jest autorskim dziełem jednego człowieka, który wyreżyserował własny scenariusz i zagrał głównego bohatera. A do tego mamy Natalie Portman, która jak zwykle jest przeurocza i mogłaby zostać moją żoną. No i jest happy end, który w zaskakujący sposób nie jest ani trochę przesłodzony, ot taki happy end, po którym ma się wrażenie, że tam poza kadrem będzie jakiś ciąg dalszy.

Kto nie widział, powinien zobaczyć. Idźcie na to!

by marecki

Francja/Kanada/Wielka Brytania, 2009, reż. Terry Gilliam

Imaginarium Terry’ego Gilliama. A jaką on ma wyobraźnię, wie każdy, kto widział Monty Pythona albo któryś z jego późniejszych długometrażowych filmów.

Parnassus jest bardzo długometrażowy. Prawie tak długometrażowy, jak życie głównego bohatera, któren jest nieśmiertelnen. Ale nie to, żeby nuda. Po prostu chwilami ma się wrażenie, że ten film nigdy się nie skończy. Ale mnie wcale nie było przykro z tego powodu.

Gilliam gra trochę tymi samymi sztuczkami, co zawsze. Podobieństwo do starych, niezaawansowanych technicznie animacji bywa uderzające. Fabuła jest skomplikowana, trochę trudno za nią nadążyć, trochę się rwie momentami. Tak naprawdę ma się wrażenie, że całość to taki wielki ruchomy obraz, pokaz fajerwerków, taka ruchoma szopka z pewnymi fabularnymi motywami, które tak naprawdę nie opowiadają historii, są tylko podkładem mającym przyciągnąć uwagę widza, żeby zechciał obejrzeć, co się autorowi w głowie urodziło.

Ta cała afera ze śmiercią Heatha Ledgera w połowie zdjęć, z zastąpieniem go przez trójkę innych aktorów – majstersztyk.

Przyjemnie się oglądało, ale film zdecydowanie należy do kategorii dziwnych jakichś. Chociaż po namyśle przesuwam do szuflady z bardziejszą formą niż treścią.

by marecki

Dystrykt 9

2 komentarzy

District 9 (2009), USA, Nowa Zelandia; reż. Neill Blomkamp

Film na pograniczu sf i kina akcji, do tego genialne
wykorzystana konwencja dokumentu – wstawki rodem z wiadomości telewizyjnych oraz
wypowiedzi ekspertów i członków rodziny/znajomych głównego bohatera. Odwrócenie
pomysłu na typowy film sf, gdzie obcy są agresorami zabijającymi ludzi. W ‘Dystrykcie’
to ludzie są agresywni, bezwzględni i za wszelką cenę próbują zarobić
niezłą/brudną kasę na obcych, wielkich, dwumetrowych stworach określanych jako ‘krewetki’,
ale wg mnie bardziej przypominających wielkie i dobrotliwe koniki polne. Obcy
okazują się wycieńczonymi, pozbawionymi inwencji przybyszami – uchodźcami, którzy
nie są w stanie przeciwstawić się agresorom (z czymś się kojarzy, nieprawdaż?).
Wikus, główny bohater wcale nie odstaje od „szarej masy złych ludzi”, nomen omen
głównie Nigeryjczyków, to pozbawiony wyrzutów sumienia karierowicz… ale do
czasu ;). Filmowi można zapewne sporo zarzucić (m. in. lekką ociężałość po
początkowym impecie pomysłowego scenariusza), ale uważam, że to mało istotne wobec
całości, której nie brakuje polotu i finezji od strony realizatorskiej, a
przede wszystkim odwagi (zwłaszcza, że reżyser mało znany a budżet filmu
niewielki).

Czekam na Dystrykt 10, co niechybnie nastąpi, z uwagi na
kilka nierozstrzygniętych wątków.

 

by kamol


  • RSS