rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2009

Avatar

7 komentarzy

USA, 2009, reż. James Cameron

Nie idźcie na to! Albo idźcie, żeby się ze mną zgodzić, że to chłam!

Moim zdaniem było tak:

James Cameron siedzi se w knajpie z kumplami i dumają.
- Słuchajcie, trzeba by zrobić jakiś film, ale to musi być coś wielkiego, nowego, rekordowego.
- Szefie, ale co? Przeciez wszystko już było!
- No i co z tego? Dzieciaki nie pamiętają tego co było. Zróbmy coś fantasy, ale żeby było lepsze od Władcy Pierdzieli. I dorzućmy trochę technologii, no wiecie, statki kosmiczne, drzwi, które robią psssyt, gdy się je otwiera…
- Takie jak w Obcym? [Obcy – Decydujące Starcie, 1986, reż. James Cameron]
- No właśnie. A akcja niech się dzieje w dżungli. Jak w Plutonie u Olivera – lądowanie helikoptera w dżungli, to będzie dobre. [Pluton, 1986, reż. Oliver Stone]
- A helikopterów dużo, jak w Czasie Apokalipsy! [Czas Apokalipsy, 1979, reż. Francis Ford Coppola]
- A w tej dżungli potwory jak w Parku Jurajskim! [Park Jurajski, 1993, reż. Steven Spielberg]
- I dramatyzm, wojna, zjednoczenie! Jak Indianie pod wodzą Tecumseha!
- I love story niech będzie! Koniecznie!
- No dobra. Dorzucimy trochę muzyki w stylu Titanica. [Titanic, 1997, reż. James Cameron]
- Ale musi też być trochę przemocy, szefie. Może coś jak w Terminatorze, karabiny, bomby, wybuchy? [Terminator, 1984, Terminator 2, 1991, reż. James Cameron]
- Dobra. I trochę science-fiction. Niech będą naukowcy i jakieś naukowe czary-mary. Może jak w Matrixie - podłączanie do mózgów i przenosiny do innego świata? [Matrix, 1999, reż. Andy & Larry Wachowski]
- Kurczę, tylko jak to sprzedać?…
- Szefie, uzbieramy duży budżet, może najwiekszy na świecie, zrobi się o tym głośno i to wystarczy! [Avatar miał budżet około 450 mln $, trzeci w historii kina]
- Nie, to za mało. Musi być coś jeszcze. Mam! Ogłosimy rewolucję w kinie! 3D! Wciśniemy dzieciakom, że to coś nowego, czego jeszcze nie było, wiekopomny przełom czy coś takiego. Łykną to. Dorzućmy do tego jakiś przekaz. Może ekologia? To teraz modne. Kochajmy i szanujmy matkę ziemię or somfink.
- Szefie, szef to ma głowę!

No i w ten sposób powstał scenariusz 162-minutowego chłamowatego filmu, z przerostem formy nad treścią, płytkiego, efekciarskiego, pełnego typowych klisz, niezaskakującego, szablonowego, ale o dziwo nie nudnego. Jakimś cudem nie chciało mi się wyjść z kina [mimo że trochę chciało mi się siku] i czas zleciał zaskakująco szybko [może to dlatego, że trochę chciało mi się siku].

PS. Nie idźcie na to, błagam, ściągnijcie nielegalnie z sieci, żebym choć symbolicznie odzyskał moje zmarnowane na bilet pieniądze.

by marecki

2007, USA, Wielka Brytania, reż. Danny Boyle (ten od Trainspottingu)

Akcja dzieje się w niezbyt odległej przyszłości (2057 to całkiem niedługo, czas pędzi, jak szalony). Słońce umiera, na Ziemi robi się zimno. Ludzie wpadają więc na genialny pomysł, żeby wysłać na Słońce bombę wielkości Manhattanu (ach ci Amerykanie… jeśli chcą przekazać, jak bardzo coś jest wielkie, zawsze mówię, że jest wielkie jak Manhattan), która ma rozpalić naszą gwiazdę na nowo. Oczywiście, nie wiadomo po co (tzn. przepraszam… przecież na potrzeby scenariusza!) wysyłają na to Słońce statek kosmiczny z załogą (w normalnym życiu pewnie wysłaliby tę bombę samą, niech sobie zdąża w stronę Słońca). To już drugi taki statek, poprzedni oczywiście zaginął kilka lat wcześniej w Kosmosie i nigdy nie wrócił.
Icarus II leci więc w stronę Słońca, na począku jest całkiem miło, potem oczywiście zaczynają się różne przygody i problemy, i od początku filmu trudno liczyć na to, że wszyscy członkowie załogi przeżyją. Mamy więc trochę psychologii zachowań ludzkich na małych, zamkniętych przestrzeniach i w obliczu strachu. Psychologia to nieskomplikowana, amerykańska, znana z większości tego typu filmów.
Mamy też bardzo ładne zdjęcia; wszystko jest takie złote, jasne, ciepłe, hehe.
Statek, skafandry, urządzenia i różne rurki, które możemy oglądać w filmie, wydają się być bardzo prawdopodobnym obrazem prawdziwych statków kosmicznych made by USA. Za to naprawdę duży plus, przynajmniej ja tak sądzę, chociaż mało się znam na lotach kosmicznych.
Duży minus za obsadę. Nie, nie mam na myśli gry aktorów (w filmach s-f nie da się chyba grać jakoś szczególnie źle ani dobrze, zbyt wiele innych aspektów odwraca od tego uwagę), ale ich dobór. Oglądając, ma się wrażenie, że w 2057 roku, na bardzo ważne misje nie wysyła się doświadczonych naukowców czy astronautów, ale ekipę z drugiej edycji Beverly Hills 90210, która pomyliła plany filmowe.
Napięcie: Mimo wszystko duże. Co chwila zmieniałam pozycję w fotelu, czując, że „za chwilę coś się kurde stanie”.
Co jeszcze? Niezbyt rozbudowany, ale jednak jest, wątek etyczny. Rozważenie, czy ważniejsze są interesy jednostki czy ogółu, lub nawet – czy ważniejsze jest życie człowieka, od którego w znacznej mierze zależy dobro tego ogółu, niż życie „mniej ważnych” w kontekście misji osób. Ciekawe wydało mi się to, że rozwiązania tego typu dylematów wydają się być traktowane jak kolejne zadania i są omawiane przy stole. Oczywiście pojawiają się emocje, ale nie aż takie, jakie z reguły się pojawiają w takich scenach.
Całość: Można obejrzeć, jeśli ktoś lubi s-f. Jeśli nie lubi, to dzięki temu filmowi raczej nie zmieni zdania.

A dzięki filmowi Kapitan odkrył całkiem ciekawy zespół I Am Kloot, poniżej jedna z piosenek, która pojawia się, gdy lecą już końcowe napisy. Słyszłam przed chwilą z pokoju kilka następnych ich piosenek z youtube i każda kolejna wydała mi się jeszcze lepsza od poprzedniej, więc warto wybrać się na wycieczkę po Internecie.

by jaskrawa fanka s-f (bo gatunek ów wyrywa ją z szarej rzeczywistości)
PS. Marecki – film wypożyczyliśmy!


  • RSS