rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

Gran Torino

2 komentarzy

Australia/Niemcy/USA, 2008, reż. Clint Eastwood

Bardzo lubię oglądać filmy, o których coś tam słyszałem, ale zbyt mało, żeby wiedzieć, o czym to będzie. W takich razach usiłuję z tytułu wnioskować o treści.

Zatem tym razem spodziewałem się jakiejś elegii o amerykańskim przemyśle samochodowym, starzejącym się jak sam Clint Eastwood.

A tu dupa. Rzecz jest całkiem o czym innym. Owszem, główny bohater ma w garażu legendarny egzemplarz Forda z 1972 roku, nazwany włąsnie Gran Torino. A poza tym jest skurwiałym rasistą, nietolerancyjnym starym zgredem, zatwardziałym konserwatywnym dziadem.

O ile Rita zupełnie słusznie i zgrabnie nazwała bohatera Spotkania [tutaj] prickiem, o tyle Kowalsky’ego [niestety, wymyślili mu polskie korzenie] należałoby zwyczajnie nazwać dickiem, czyli staropolskim chujem. Podobieństwa do Spotkania są jeszcze takie, że na drodze życiowej obu bohaterów pojawiają się imigranci, jednak ten ze Spotkania jest im na wstępie tylko obojętny, natomiast dziad z Gran Torino szczerze nienawidzi żółtków, a na dodatek jest weteranem wojny w Korei.

I co dalej? Dalej jest sedno tej historii. Nic nie napiszę, to trzeba zobaczyć. Ja byłem urzeczony. Eastwood po raz kolejny pokazał klasę, i jako reżyser, i jako aktor.

Idźcie na to.

radzi Marecki

USA, 2009, reż. Nora Ephron

Właśnie obejrzałam genialny film i muszę o nim napisać. Zdaję sobie sprawę, iż może on być mocno hermetyczny, ale i tak wsadzę go do kategorii „Idźcie na to”.
Otóż sprawa jest niemal taka sama jak w przypadku filmu „Yes man”, polecanego przez Mareckiego.
Oglądam film o sobie, więc mnie wciąga, oglądam go z zapartym tchem. Mówię o tym, że uwielbiam jedzenie tak samo jak rozmawianie o jedzeniu. Mówię o tym, że prowadzę bloga o jedzeniu nawet. Trochę mniej poważnego niż bohaterka filmu, ale prowadzę (w ramach rozwoju egotyzmu proszę, oto adres:
http://przepis-na-obiadek.blog.onet.pl/
). Nawet nieco mina mi zrzedła podczas jednej ze scen, gdzie jakiś facet z tv parodiuje Julię Child i zarzyna się w palec podczas luzowania kaczki – hej, przecież oni zrzynają z mojego bloga!


Anyway – są dwie bohaterki tego filmu. Jedna z nich to legendarna (w branży kulinarnej rzecz jasna) Julia Child, borykająca się z wydaniem książki kucharskiej, a druga to Julie, która wymyśliła sobie, że zrealizuje plan wypróbowania wszystkich przepisów tej pierwszej Julii w ciągu roku i opublikowania tychże prób na blogu.
Zatem konfrontacja dwóch epok i dwóch kobiet. I mnóstwo przepisów – nie pytajcie mnie ile zeżarłam w trakcie oglądania. Musiałam coś jeść, bo przecież zaśliniłabym całe łóżko (tak, oglądam filmy w łóżku).
Polecam zatem film z pobudek egoistycznych (bo fajowo obejrzeć film o sobie) oraz estetycznych (jedzenie przepisowo i popisowo wykonane z reguły ślicznie wygląda).
Trudno mi się odnieść do gry aktorskiej Meryl Streep.
Z jednej strony miałam wrażenie jakby tam wsadzili transwestytę (i nasuwało myśl, że właśnie oglądam przydługawy trochę skecz Monty Pythona), z drugiej strony szalenie bawiła mnie ta postać (czy znacie kogoś, kogo nie bawią skecze Monty Pythona?). No i ta Julia urzeka optymizmem, a optymizmu w filmach jakoś ostatnio mało jest, nieprawdaż?


Podsumowując. Dla mnie – film-terapia.

by Rita

USA/Wielka Brytania, 2000, reż. Steven Frears

Ekranizacja kultowej powieści Nicka Hornby’ego High Fidelity znanej u nas jako Wierność w stereo. Nie lubię określenia kultowa i wszystko z tą etykietką staram się raczej omijać z daleka, ale rzeczona powieść jest obiektem kultu mojego, więc kultowa, heh.

Kto czytał, ten wie, kto nie czytał, to niech się dowie, że rzecz jest o młodym, trzydziestoparoletnim mężczyźnie i jego życiu emocjonalno-zawodowym i rozterkach wszelakich z tym związanych. O dojrzałości i niedojrzałości.

Oczywiście jako kultywator kultu spodziewałem się kultowej ekranizacji, ale po obejrzeniu rozumiem, dlaczego film przeszedł w zasadzie chyba bez echa. Trochę słaby jest.

Mamy Johna Cusacka w roli Roba oraz w roli współscenarzysty, więc domyślam się, że i jemu postać bohatera jest bliska, skoro tak się zaangażował w produkcję. I mamy mocno zamerykanizowaną wersję historii – począwszy od przeniesienia akcji z Londynu do Chicago, a skończywszy na typowo amerykańskim spłyceniu historii. Zamiast dramatu i analizy osobowości mamy mocny skręt w stronę komedii, silącej się troche na czarny humor, ze skutkiem w postaci trochę irytującej, trochę czasem żenującej, czasem jednak trochę śmiesznej i zabawnej.

Nie warto obejrzeć, chyba że jest się fanem książki. Chociaż trzeba przyznać, że jeśli chodzi o treść, to ekranizacja jest dość wierna. Zadanie przeniesienia na ekran dialogu wewnętrznego Roba i jego przemyśleń wydaje się dość trudne, scenarzyści wymyślili, że Rob będzie zwracał się bezpośrednio do kamery, do widza, ale wyszło to tak sobie. Trochę sztucznie. No i Cusack jest jednak trochę zbyt chłopięcy.

Warto wspomnieć o trzecioplanowym udziale Tima Robbinsa w roli kochanka Laury, Iana vel Raya. Jak zawsze świetny.

Wrzuciłbym do kategorii nie idźcie na to, ale z sentymentu nie zrobię tego. Dziwne jakieś, ale da się obejrzeć.

by marecki


  • RSS