rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2009

Once

2 komentarzy

Irlandia, 2006, reż. John Carney

Pewnie wszyscy już widzieli ten film, ale i tak napiszę.

Od początku filmu chciało mi się płakać. Wzruszający są ci zakochani faceci, zwłaszcza ci zwyczajni, piękni nieco inaczej niż jakiś bradpit albo tomkruz. I kobiety, szare myszki, ubrane tak nieseksownie, w jakieś spódnice i buciory, ze zwyczajnie związanymi na plecach włosami. A gdy zaczęli razem grać i śpiewać, to zamienili się w dwa cudowne kwiaty, wyrastające gdzieś na przekór wszystkiemu pośrodku chodnika.
Pewnie wszyscy to znają, ale napiszę. Historia jest prosta i króciutka, więcej jest w filmie muzyki, niż fabuły, ale to granie jest tak przejmujące i pełne uczuć, że wcale się nie nudzi, aż chce się więcej. Główni bohaterowie to facet, który naprawia odkurzacze ze swoim kochanym ojcem (love staruszek!), a po pracy śpiewa i gra na gitarze na ulicach Dublina oraz młoda, muzycznie utalentowana czeska imigrantka, sprzedająca kwiaty przechodniom, marząca o własnym pianinie. Oczywiście spotykają się i okazuje się, jak wiele ich łączy. Scena, gdy pierwszy raz zagrali razem, powaliła mnie na kolana.
Cholera, wszystko mi się w tym filmie podoba! To, że opowieść jest niebanalna, zakończenie nieschematyczne, bohaterowie tacy zwyczajni, a jednak zupełnie wyjątkowi w swojej niesamowitej wrażliwości, tak bardzo utalentowani, a niezauważeni, tacy nieśmiali, nieodważni, popełniający takie głupie, ludzkie błędy, a jednak mądrzy i pełni ciepła. Naturalna gra, dzięki której ma się wrażenie, że, ogląda się sfilmowany kawałek czyjegoś prawdziwego życia, właściwe zachowania bohaterów, które nie nudzą, a wzruszają i inspirują, muzyka kipiąca uczuciami, bliskie sercu każdego z nas teksty piosenek, proste, niemal dokumentalne ujęcia, realizator dźwięku, zmieniający się ze znudzonego i niesympatycznego kolesia w niemal przyjaciela, kochany, cudowny, mądry i dobry tata, prosta matka-Czeszka ze słabym angielskim, ciepła i dobra…
Eh, koniec.

Obejrzyjcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!

by jaskrawa

Elegia / Elegy

1 komentarz

USA, 2008, reż. Isabel Coixet

Kiedy byłem małym chłopcem, natknąłem się w bibliotece na jakąś książkę niejakiego Philipa Rotha i przeczytawszy na obwolucie, że jest tam coś o seksie, natychmiast wypożyczyłem, licząc, że poczytam sobie o jakichś świństwach. Jednym słowem Philip Roth wprowadził mnie w świat literackiej erotyki.

A Elegia jest ekranizacją jego powieści Konające zwierzę. Tego akurat nie czytałem, ale ponoć reżyserka nieco zmiękczyła wątek męskiego punktu widzenia na wiadomy temat [kobiety i bzykanie]. No i mamy w filmie historię starzejącego się wykładowcy literata uwodziciela, faceta, który unika bliskości emocjonalnej, za to lubi bzykać wszystko, co piękne i się rusza. Studentek swoich nie bzyka, bojąc się oskarżeń o molestowanie, ale upatruje sobie wśród nich ofiary i odławia po zakończeniu zajęć u niego. Profesora gra Ben Kingsley, uroczo wcielając się w starszego pana pełnego wigoru.

Studentkę gra Penelope Cruz, jeszcze bardziej uroczo wcielając się w rolę uroczego dziewczęcia, które mimo niewinnego dziewczęcego uroku okazuje się być pewną siebie, dojrzałą kobietą.

Romans rozwija się w coś więcej, zaskakując nieco naszego bohatera, który wbrew sobie i swojej niezależności zaczyna się coraz bardziej angażować.

Oczywiście potem pojawia się dramat. Zaskakująca zmiana ról. Tragiczna zmiana ról.

Do tego mamy przecudny wątek męskiej przyjaźni między naszym bohaterem a drugim profesorem poetą uwodzicielem [boska rola Dennisa Hoppera].

A do tego mamy wątek szorstkich rodzinnych relacji między naszym bohaterem a jego dorosłym synem [świetna rola Petera Sarsgaarda] z dawno rozpadłego małżeństwa, który w przeciwieństwie do ojca wierzy w głęboką wartość relacji rodzinnych i emocjonalnych.

Całość tworzy subtelną – to ważne słowo – historię o dojrzałości, o odpowiedzialności, o umiejętności podejmowania odpowiednich decyzji dotyczących ludzi, którzy znaleźli się na o tyle niewielkiej orbicie, że można ją nazwać bliskością.

A rola Bena Kingsleya jako podstarzałego chłopca mnie urzekła.

Idźcie na to!

by marecki

Spotkanie/ The Visitor

1 komentarz

(recenzja przeklejona z ritual-de-lo-habitual.blog.pl, żeby był porządek jakiś c’nie)

USA, 2007, reż. Thomas McCarthy

„Spotkanie” to opowieść o tym, jak nudny rozmemłany dziad (gdybym pokusiła się o recenzję angielską, dość adekwatne byłoby tu słowo prick) zamienia się we wspaniałego faceta o wielkim sercu.
sprawcami jego przemiany jest para sympatycznych młodych ludzi, Tarek i Zainab, nielegalni imigranci. on – pełen życia Syryjczyk, zakochany w muzyce, z nieodłącznym djembe u boku. ona – płochliwa Senegalka, tworząca biżuterię.
cała trójka spotyka się, kiedy Walter (dziad) przyjeżdża do Nowego Jorku na konferencję. jest bowiem nauczycielem akademickim najnudniejszego w świecie przedmiotu, to jest ekonomii. tak się składa, że ma w Nowym Jorku mieszkanie i tak się składa, że jakiś sprytny Rusek wynajął owoż mieszkanie parze wspomnianych imigrantów.
wpadka wpadką, jakoś trzeba sobie poradzić. dziad zgadza się chwilowo dzielić mieszkanie z młodymi i tak zaczyna się wzajemnie obwąchiwanie. Walter jest nieśmiały i małomówny z natury, ale jak się okazuje – otwarty. z ciekawością podchodzi do gry na bębnach, do kultury arabskiej. nabiera śmiałości we wszystkim.
największa przemiana dokonuje się jednak, gdy Tarek zostaje aresztowany przez urzędników imigracyjnych. to dla Waltera prawdziwy sprawdzian charakteru. a dla widza takiego jak ja – sprawdzian nerwów. oto Hameryka i jej urzędniczość, oto Hameryka i jej mściwość wobec każdego Araba znajdującego się w jej granicach po 11 września.

film nie jest łatwy. bardzo prosta fabuła, postacie o przejrzystych charakterach. każdy szczegół w filmie ma znaczenie. żadnych zbędnych gestów, żadnych zbędnych słów. jestem urzeczona. polubiłam nudnego dziada.
myślę sobie, że film jest tak mądry (bo jest), dlatego, że jest tak mało… filmowy.
patrzysz i widzisz witalność bębniarzy, patrzysz i widzisz urzędniczość urzędników, patrzysz i widzisz ignorancję amerykańskich konsumentów (klientka Zainab pyta o jej pochodzenie. usłyszawszy nazwę Senegal wspomina z zachwytem wycieczkę do Cape Town, które leży jakieś 8 tysięcy kilometrów od Senegalu).
i to jest żywe. przyznajcie się z ręką na sercu, ilu z was potrafi (bez zaglądania w google) wymienić państwa sąsiadujące z Senegalem? ilu z was poznało Araba? i co naprawdę dzieje się w areszcie z imigrantami? ja wiem tak mało. za mało.

by Rita

USA, 2008, reż. Clint Eastwood

Czy ja Wam mówiłam, że kocham się w retro? Pewnie dlatego ciągnie mnie do filmów osadzonych historycznie w latach 20,30,40. Urodziłam się o dwa pokolenia za późno, więc muszę sobie to jakoś rekompensować.
Akcja „Oszukanej”(„Changeling”) toczy się w latach 1928-1935 w Los Angeles. I to właściwie wystarczy, by pochłonął mnie bez reszty. Fajnie zobaczyć L.A. jeszcze nieprzeżarte konsumpcjonizmem i szałem celebrities.

Film został mi zareklamowany jako „mocny dramat z Angeliną Jolie oparty na faktach”. Przyznaję, mocne.
Samotnej matce, Christine Collins (Jolie) znika z domu syn. Po pewnym czasie policja przywozi jej dziecko, ale nie jej. I tu zaczynają się jaja, bo policja nie przyjmuje do wiadomości swojej pomyłki, mimo oczywistych dowodów, potwierdzonych przez nauczycielkę i dentystę. Zdesperowana pani Collins utyka w sieci powiązań korupcyjnych. Prawość i matczyna miłość stają przeciw niegodziwości władz, które posuwają się do tego stopnia, że niewygodną obywatelkę umieszczają w szpitalu psychiatrycznym. Tutaj przeżyłam jakby reminiscencję, bo roli Jolie jako psychopatki („Przerwana lekcja muzyki”) się nie zapomina. Przyznaję, jako psychopatka, narkomanka, chłopczyca, była przekonująca.
A jako dama z lat 20 – jakoś średnio. Jej matczyne łzy poruszają, jej chłopskie ruchy i zachrypły głos – odbierają autentyczność kreacji. Ale można na to jednak spokojnie nie zwrócić uwagi, bo i tak na całym planie są wielkie czerwone usta Jolie (chcę tę samą szminkę!)
Rozumiem, że dobór aktorki jest słabością Clinta Eastwooda, reżysera i producenta, wszak inny babochłop, Hilary Swank, przyniósł mu sukces kilka lat temu. Ale wybaczam. Wybaczam mu wszystko. Dzieła Eastwooda słyną z pieczołowitości, z jaką pozwala rozwijać się akcji. Po prostu to uwielbiam. Obejrzałam film dwa razy, żeby zwrócić uwagę na szczegóły.
No i całość – pozostawia pozytywne wrażenie, wiecie o co chodzi. Taki przekaz. Że warto walczyć tak wytrwale (chyba jeszcze jedna cecha filmów Eastwooda) 

Dobra, wystarczy tego. Po prostu polecam gorąco.

by Rita

produkcja: Francja, Niemcy, USA, 2009 reż. Quentin Tarantino

Tarantino jest jedyny w swoim rodzaju, ma wielu zaciekłych
wrogów i tylu samo gorących wielbicieli. Podobnie zapewne jest/będzie z filmem
„Bękarty wojny”. Dwie historie, które zazębiają się pod koniec opowieści –
młodej żydówki Shoshannie i tytułowych bękartów, maniakalnych zabójców nazistów. Większość
scen jest „przegadana”, ale w tym przypadku to zaleta, precyzyjne gadulstwo,
podparte popkulturowymi i językowymi naleciałościami. Odnośnie akcentu,
najlepszy chyba Brad Pitt ze swoim „głębokim” akcentem amerykańskiej prowincji,
choć może nie tylko prowincji, ale tak mi skojarzyło, bo sto lat temu miałam
szefów z Teksasu i Oklahomy (o ile dobrze pamiętam). Mnie podobały się
zwłaszcza trzy sceny, pierwsza, na francuskiej farmie, druga to spiskowe spotkanie
w piwnicznym barze i jedna z ostatnich – scena w kinie. Opisywać nie będę, bo smaczków wiele,
każdy wybrać może własne, po obejrzeniu. Co do krwistości, znanej z innych
filmów, jest jej mniej, choć kilka scen sprawia, że zdecydowanie trzeba być
odpornym na wizje realizowane przez reżysera. Jednak wg mnie, okrucieństwo w
bękartach i tak nie umywa się do brutalności znanej z kill billa na przykład.

Opowieść Tarantino jest interesująca i warta obejrzenia, choć
szczerze mówiąc z 2,5 godzinnego filmu wyrzuciłabym coś ok. 1/5 i nie sądzę,
żeby stracił na wartości.

Aha, co do aktorstwa, oprócz naprawdę niezłej roli Brada,
urzekł mnie Christoph Waltz, który wcielił się w rolę inteligentnego i mocno
pokręconego pułkownika Hansa Laudy.


Podsumowując – niezła konstrukcja, stale obecna groteska i
sporo perełek (także muzycznych). Polecam.

(wrzuciłam do kategorii „ciężkie klimaty” ale wahałam się pomiędzy ową i „idźcie na to”)

by kamol


  • RSS