rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2009

Australia-USA, 2008, reż. Peyton Reed

Jak powszechnie wiadomo, jestem samotnym młodym człowiekiem, zatem w samotny sobotni wieczór pojechałem do wypożyczalni i wypożyczyłem film, który okazał się historią samotnego młodego człowieka, który w sobotnie wieczory jeździ do wypożyczalni i wypożycza filmy.

Dlatego od razu mi się spodobało.

Bohater jest nieszczęśliwy – ma chujową robotę, żona odeszła, przyjaciele go męczą i usiłuja wyciągnąć z domu, a on NIE. Nie – bo nie, nie – bo nie odbiera telefonu, nie – bo ma inne sprawy [których nie ma].

Ale! Przychodzi kryska na matyska, przekracza matysek granicę. Ma przejebane. Więc dostrzega swoją nihilistyczną postawę i za namową starego niewidzianego latami a przypadkiem spotkanego przyjaciela postanawia spróbowac poddać się szkoleniu osobowości i zostać człowiekiem na tak. Na każde pytanie, prośbę, propozycję zaczyna odpowiadać: tak!

I jest śmiesznie. Jak to z Jimem Carrey’em. Ale mało głupich carreyowych min, dużo ciętych i dowcipnych dialogów, kilka strasznych płytkich i obleśnych kwasów. Oczywiście pojawia się romans, pojawiają się problemy, problemy zostają pokonane i jest happy end, jakżeby inaczej.

W sumie dobry kawałek rozrywki, niskich lotów trzeba przyznać, ale co tam!

Trochę hardkor, ale bardziej chyba jednak dziwne jakieś.

by marecki

USA, 2009, reż. Ron Howard

(ekranizacja Kolejnego Bestsellera pana Dana Browna)

Niby to kino akcji, ale nudziłam sie jak mops.
Uważam, że Tom Hanks nie nadaje się na bohatera ratującego kawałek świata. Z całym szacunkiem, nie jest Bruce’m Willisem ani Nickolasem Cage’m. Nie chodzi o to, że jest za stary czy coś. Po prostu nie ma w nim tej świeżości i energii, aby sprostać takiej roli.
Jakiej roli?
Ano żadnej w zasadzie. W tym filmie nie ma specjalnie miejsca na jakieś aktorstwo wysokich lotów. Bohaterowie biegają po ulicach Watykanu, odgadują zagadkę, ratują porwanych kardynałów, nie ma romansu. Phi.
Wątek kryminalny jedynie ze wzgledu na miejsce akcji można uznać za nietypowy. Mamy Watykan zamiast Dużego Amerykańskiego Miasta, w związku z czym zamiast Głupich Policjantów, którzy przeszkadzają Bohaterowi w ratowaniu świata, mamy księży i papieską gwardię. Zamiast amerykańskiej uroczej policjantki/dziennikarki/doktorki, mamy pewną trochę nijaką włoską panią naukowiec. Rzekomo wskrzeszone bractwo Iluminatów (zamiast Dyżurnego Psychopaty Kraju, który Znowu Powrócił) wymyśla pokrętną zagadkę pełną symboli, wskazówek i grozy, porywa czterech najbardziej znaczących kardynałów (oczywiście w najlepszym momencie, ponieważ akcja dzieje się tuż przed konklawe), kradnie kawałek antymaterii, który wystarczy do unicestwienia całego Watykanu. Oczywiście TYLKO nasz Bohater dysponuje wiedzą, która pomoże rozwikłać zagadkę, bez tego nie byłby przecież tak cholernie niezbędny. Dlatego łaskawie się zgadza na współpracę.
Co w tym złego?
Ano to, że z tą antymaterią to trochę przesadzili. Skąd to przyszło do głowy temu Brownowi? Też już nie mógł wymyślić czegoś bardziej wiarygodnego…
Po drugie: Kardynałowie zgadzają się na to, aby w konklawe wziął udział ksiądz kamerling (Ewan McGregor, całkiem dobry w tej porąbanej roli, naprawdę psychopatyczny i prawdziwy)! Jasne, kurde. To jest Watykan przecież! Takie przekręty, jakie odwalają księżulkowie na tym filmie, w prawdziwym Watykanie nigdy nie miałyby miejsca. Konklawe, tak istotny moment, jak wybór papieża, który przy odrobinie woli Bożej będzie rządził przez następne kilkanaście albo więcej lat, a tu scena JAK z amerykanskiej komedii romantycznej, gdzie ksiądz nie chce udzielić ślubu parze bohaterów, dlatego, że, dajmy na to, wszyscy są cali w błocie po ostatniej scenie, na jakimś powiedzmy, polu stokrotek, ale bardzo się kochają i błagają sympatycznego, aczkolwiek nieco skostniałego w poglądach księdza (który akurat zupełnie przypadkiem tam się znalazł), księżulo oczywiście pokazuje, że jest Jednak Fajny i godzi się na wszystko, a potem z radością obserwuje, jak młodzi całują się w trybie prawie-soft-porno.
Na koniec mamy Nieoczekiwany Zwrot Akcji, żeby nikt nie powiedział, że film był przewidywalny.
Sama akcja toczy się odpowiednio wartko i szybko, ale gęsiej skórki nie dostałam.

Ze względu na kilka krwawych scen, mroczną atmosferę kościelnych podziemi, symbolikę czterech żywiołów, ogniste piętna i inne zabawki w klimacie z Constantine’a, wrzucam do kategorii hardkor.
No właśnie, ten film to jak średnio udane skrzyżowanie Constantine’a z Next z Nickiem Cage’m.

Tom, niepotrzebnie wplątałeś się w te kościelne historie, pisane dla
żądnych krwi fanów sensacji. Ja rozumiem, że lata lecą, na emeryturę
trzeba zbierać, ale bez przesady. Lepiej byś zagrał jakiegoś
prawdziwego naukowca, albo prawnika, który rozwiązuje wiarygodne
problemy lub jakiegoś polityka albo kurde, nie wiem, kogoś o Ciekawej
Osobowości.
Ratowanie świata zostaw może Bruce’owi. W końcu – jak głosi plakat najnowszego filmu z nim – „tylko on może nas ocalić”.

by jaskrawa

USA, 2004, reż. Woody Allen

Jaskrawa nie ma czasu i weny, to ja jebnę notkę o tym, jakeśmy we trójkę z Kpt. Marchewą obejrzeli Melindę i Melindę.

Woody Allen – to już wiele mówi. Ale dopiero teraz odryłem, że to film dość nowy, a o Allenie mówiło się, że traci formę, starzeje się i powtarza. Przyznam się, że nie jestem na bieżąco z jego nowszymi filmami, ale jak dla mnie Melinda i Melinda to kwintesencja Allena w najlepszym wydaniu.

Historia opowiedziana przewrotnie – w knajpie przy stoliku siedzi grupa serdecznych przyjaciół [szajka za dwadzieścia pięć lat] i gadają. Dwóch z nich jest scenarzystami czy dramaturgami, spierają się o to, co jest bliższe życiu – dramat czy komedia. Trzeci podrzuca im historyjkę, którą oni dwaj niezależnie od siebie rozwijają w opowieść – jeden w dramatyczną, drugi w komiczną.

Oglądamy więc dwie równoległe historie i nie wiem, czy to zasługa winka, które sączyłem, ale chwilami mi się trochę mieszało. Nie jakoś bardzo, ale chyba o to chodziło: żeby zobaczyć, jak płynna może być granica między dramatem a tragedią.

Film cudownie przegadany, ironiczny, ale jednocześnie nieco gorzkawy i nieco melancholijny. Idźcie na to!

by marecki

USA, 2008, reż. Ethan Coen & Joel Coen

Kiedy jesienią zeszłego roku pękło mi żebro, jedyną rzeczą, którą powiedział mi ortopeda, było: niech pan nie idzie przypadkiem do kina na Tajne przez poufne, bo żebro panu pęknie jeszcze bardziej ze śmiechu.

No więc obejrzałem dopiero dziś.

No i co: nieśmieszne.

Nie wiem, może w kinie ulega się zbiorowej histerii i zbiorowemu rozbawieniu uruchomionemu przez pierwszy rechot jakiegoś obdarzonego wybitnym poczuciem humoru widza. Ja obejrzałem w samotności i ani razu się nie zaśmiałem. Owszem, Coenów lubię i to też było coenowskie, ale żeby jakoś szalenie śmieszne, to moim zdaniem wcale. Ot, taki pastisz z dużą dozą czarnego humoru, jak to u Coenów.

Najśmieszniejsze było jak Malkovich na ulicy tłucze toporkiem tego biednego managera siłowni.

Następnym filmem, jaki powinienem obejrzeć, jest więc Nic śmiesznego.

by nierozśmieszony marecki

Francja, Niemcy, Szwajcaria, 2005, reż. Philip Gröning

Mały wstęp. Dlaczego piszę o tym filmie, który ze względu na to, o czym jest, nie powinien raczej podlegać żadnym ocenom? Ano dlatego, że niedawno go widzieliśmy (prawie), a poza tym nie oglądaliśmy ostatnio nic prócz kilku odcinków starego StarTreka (serdecznie pozdrawiam), Małego Buddy (to chyba każdy widział, więc nie będę się wysilać, my sobie obejrzeliśmy tak od niechcenia), a wcześniej wszystkich odcinków Pana Samochodzika i Templariuszy (o, o tym to może nawet warto WSPOMNIEĆ).
Tak się złożyło, nasi drodzy niewidzialni czytelnicy, że były wakacje i pogoda zachęcała do spacerów.
Teraz zaś za oknem znowu zrobiło się brzydko, więc można już z czystym sumieniem oddać się we władanie RZUTNIKA. Liczę więc na to, że na naszym smętnym blogasku pojawi się niedługo więcej notek. Zanim to nastąpi, chciałam jednak jakoś blog zaktywizować.

Ad rem.
Film opowiada o klasztorze Grande Chartreuse, głównym klasztorze zakonu kartuzów w Alpach Francuskich. Bardzo surowa reguła itd. Generalnie niewiele się dzieje. Można z powodzeniem medytować przed ekranem (tudzież obrazem rzuconym na ścianę), na którym pojawiają się sceny typu „wolno płynąca woda” lub „mnisi się modlą”. Jest też scena, na której jeden z braci karmi koty (prawdę mówiąc pokazuje ona, jak bardzo samotni mnisi są zbzikowani – z całym szacunkiem, wcale nie uważam, że to źle), wydając z siebie zabawne dźwięki, chyba po to, aby przywołać koty do żarcia. Mamy też scenę przyjęcia nowicjuszy do zgromadzenia. Potem bracia wychodzą sobie na spacerek i dyskutują o potrzebie mycia rąk. Innym razem zjeżdżają z zaśnieżonego stoku na tyłkach. Ot, takie sobie proste życie, wypełnione obowiązkami, modlitwą i prostymi, niegrzesznymi, dziecięcymi w zasadzie rozrywkami.
O co chodzi? Chodzi o to, że można żyć INACZEJ, jak się okazuje. Nie pić browarków, nie uprawiać seksu, nie kosić mamony, nie robić kariery, nie wkurzać się na szefa, nie wpadać w nieudane związki, nie zakochiwać się w asystentce, nie martwić się tym, że ma się za duży tyłek a za małe cycki, nie kupować kremów przeciwzmarszczkowych, nie chodzić na wywiadówki do szkoły, nie zabijać, nie kraść, nie pod…dalać (no wiecie, w tej notce nie wypada) kolegów w pracy, nie wikłać się w głupie układy, nie zmieniać pracy, nie chodzić do makdonaldsa, bo nie ma czasu na prawdziwy obiad, nie spłacać kredytu, nie śledzić giełdy, nie włączać komputera co rano, nie wysyłać faksów, nie ściągać programów ani plików, nie gadać na gadu dziadu, nie śledzić rozwijających się obok nas romansów, nie oglądać telewizji, nie czytać wyborczej, nie czytać polityki, nie oglądać filmów, nie jeździć na wakacje na majorkę itd..
Co jest w tym filmie? Źle zadane pytanie. Chodzi raczej o to, że nie ma w nim wszystkich tych rzeczy, które wymieniłam.
Jest tam tylko sporo ciszy i rytualnych, codziennych, najprostszych czynności, tylko tych czynności, które pozwalają ciału przeżyć, a duszy być zbawioną. O ile jest w ogóle coś takiego, jak zbawienie.
Film jest straszliwie nudny, siedzisz i patrzysz, czekasz, aż coś się wydarzy, a tam nic się nie wydarza. Jak bardzo nasze umysły przyzwyczajone są do tego, że coś się, do cholery, musi dziać!
Czy to mnie przekonuje? Nie, nie idę do klasztoru, póki co. Chyba jednak chodzi tu o coś innego, moze o refleksję nad tym, jak to możliwe, że są na tym świecie ludzie, którzy się na to wszystko zdecydowali. Uciekli, utonęli w modlitwie, odcięli się murami od wszystkiego, czym żyjemy my, zwykli zjadacze chleba tostowego. Czy są ulepieni z innej gliny? Co decyduje o tym, że oni mogą, a my… nie możemy nawet bez ziewania obejrzeć dwóch godzin z ich życia? Może jednak dostali jakąś łaskę, jakieś powołanie, nie wiem.
Nie wiem doprawdy, muszę się nad tym wszystkim jeszcze zastanowić.

(not yet) figured out by jaskrawa


  • RSS