rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009

Vals im Bashir (Waltz with Bashir / Valse avec Bachir / Walzer mit Bashir) (2008)  reż. Ari Folman, prod. Izrael, Niemcy, Francja

Ari Folman stworzył film niezwykły. Był uczestnikiem wydarzeń, które opowiedział w sposób jedyny, jak dla mnie, do przyjęcia. Film jest pełnometrażową, animowana produkcją. Od pierwszej sceny zostałam zagarnięta przez tę opowieść o wojnie libańskiej, opowieści, w której główny bohater próbuje przypomnieć sobie wydarzenia, chce z pojedynczych wspomnień, wizji, rozmów z kolegami z wojska poukładać i przypomnieć sobie przeszłość. Bardzo bolesną przeszłość (dalej nie czytają Ci, którzy zamierzają obejrzeć film). Tytułowy Baszir był popularnym libańskim politykiem i podczas trwania konfliktu został wybrany prezydentem. Jednak wkrótce potem zginął w zamachu bombowym (co sprawdziłam w necie, bo wiedzę na ten temat miałam raczej ograniczoną), a zamach ten zaowocował krwawym odwetem. Przy biernym udziale wojsk Izraela zwolennicy Bashira wymordowali większość uchodźców palestyńskich przebywających w libańskich obozach Sabra i Sztila. Na tym tle rozgrywa się opowieść młodego chłopaka z karabinem przetykana rozmowami z uczestnikami wydarzeń.
Pierwsza scena filmu to pojawiający się na ekranie łeb psa – wielki, ze strasznymi oczami, z wywieszonym jęzorem. Obok tego psa widać następne i następne, a wszystko w biegu, w pędzie, w szaleństwie i ta muzyka. Muzyka jest zresztą niezwykła w czasie całego filmu a do tego te kontrowersyjne piosenki (na statku/łodzi lub gdy młody chłopak stojąc nad brzegiem morza gra na karabinie jak na gitarze, zupełnie jak muzyk na scenie podczas koncertu).
Technicznie – przyczepiłabym się jeno do niektórych ujęć (choć to animacja przeca!), którym brak właściwej dynamiki. 
Zakończenie filmu niby oczywiste, ale mnie powaliło.
Absurd wojny, absurd zabijania.

by kamol

Reż. David Fincher, prod. USA

Powstało na tym świecie kilka filmów, w których sceny ukazujące miłość głównych bohaterów, sprawiają, że dostaję gęsiej skórki. Jest w nich piękno i jakiś nieskończony smutek, smutek świadomości tego, że wszystko się musi skończyć, jeśli nie teraz, to kiedyś. Życie zawiera w sobie śmierć, miłość – rozstanie i tęsknotę. Nawet jeśli tu-i-teraz jest się z ukochaną osobą, za chwilę okoliczności, które zafundował bohaterom autor scenariusza, rozdzielą dwoje ludzi na zawsze.
W „Ciekawym przypadku” nie było żadnej takiej sceny. Zabrakło mi tego. Widoczne jest, że twórcy filmu bardzo się starali, aby był poruszający. Padają jakieś mądre słowa, kwestie, które miały wywołać łzy… A na mnie to w ogóle nie podziałało. Mogłabym sobie siedzieć w fotelu i żreć popcorn bez mrugnięcia okiem.
A przecież Brad Pitt to taki piękny mężczyzna! Dlaczego nie wydusił z siebie więcej? I Cate Blanchette, taka chłodna, piękna i wyjątkowa. Może oni zwyczajnie do siebie nie pasowali? Właśnie! Tak, jakby do siebie nie pasowali, jakby nie umieli pokazać, że są dla siebie stworzeni… i chyba dlatego nie dostałam gęsiej skórki.
Z tak pokręconej historii można było zrobić arcydzieło, w którym małe włoski na przedramionach stają dęba, a wyszło coś przydługiego i przeciętnego.
Błędna też była sama konstrukcja – zbyt długo Benjamin był stary, za mało wycisnęli z czasu „dziecinnienia”, który można było przecież rozbudować – wrzucić więcej jakichś tragicznych scen, gdy bohater staje się dzieckiem, gdy gubi się w rzeczywistości. To przecież zupełnie nieludzka tragedia, dlaczego skrócili ten okres do kilku końcowych scen? Tak, jakby autor scenariusza gdzieś w momencie, gdy Benjamin ma ciało 20latka (a faktycznie ma lat jakieś 70), pomyślał sobie „o w mordę, film jest już za długi, teraz trzeba go miguniem kończyć!”.

Najbardziej wyrazistą postacią, kimś z charakterem, była przybrana matka Benjamina, kobieta silna, mądra i dobra, warta zauważenia postawa.

Mógł być z tego kolejny przejmujący Titanic, a wyszedł przeciętny film do obejrzenia, gdy nic ciekawszego nie grają.
***

by jaskrawa

Jack and Jill vs the world
reż. Vanessa Parise, prod. USA oczywiście.

Obejrzenie tego chłamu jest wyłącznie wynikiem wieczornego samotnego siedzenia w domu z opuchniętą nogą. Potrzebowałam czegogolwiek dla rozluźnienia.
Ale błagam, nie tego!

Przeżyłabym nawet, gdyby to zgodnie z opisem producenta była „komedia romantyczna” no pal sześć. Ale „komedia” znaczyłoby przynajmniej: będzie zabawnie.
No kurna.

On (Freddie Prinze Jr): zatwardziały yuppie, pracujący w agencji reklamowej i poszukujący szczęścia w posiadaniu drogich garniturów.
Ona (Taryn Manning): oczywiście – szalona idealistka, artystka poszukująca swojej szansy, a na razie pracująca w schronisku dla zwierząt.

On w swej szlachetności proponuje jej – ot, tak sobie, bo mu kurna żal, że ona w takim brzydkim hostelu mieszka – zamieszkanie u siebie. I nawet bzyknąć jej za to nie chce. Ale ooooczywiście przeciwieństwa się przyciągają i dalej to już sami wiecie.

Tylko – uwaga – ona jest chora. Śmiertelnie. I kurna wie, że umrze. Ale mu tego kurna nie mówi. Bo jak mu już powie, to on się w sobie zamknie. I sobie pójdzie.
A dalej, znów wiadomo.

Jedyne zaskoczenie w całym filmie to fakt, że widzowi zostaje oszczędzona agonia Jill, film kończy się w momencie, kiedy radośnie jadą w siną dal, a on rzucił pracę w agencji i odnalazł prawdziwe szczęście!
Żeby nie było, to kwestie o szczęściu są jeszcze dopowiedziane przez narratora, coby widz żadnych wątpliwości broń Boże nie nabrał i nie próbował sam do jakiegoś wniosku dojść.

—-
by agatka


  • RSS