rzutnik blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

Ostatnie zlecenie / Bangkok Dangerous, 2008, USA.

Nick Cage ze zbolałą miną chorego na zatwardzenie cocker-spaniela gra tam płatnego zabójcę, który jedzie na robotę do Bangkoku i zakochuje się w głuchoniemej tajskiej farmaceutce, która sprzedała mu wodę utlenioną na draśniętą rękę. Czy dostrzegacie absurd tego zdania: płatny zabójca zakochuje się w głuchoniemej tajskiej farmaceutce? Jeśli tak, to nie idźcie na to.

Nigdy nie bedę twoja / I Could Never Be Your Woman
, 2007, USA.

Gówniana komedia romantyczna, w której obok całkiem fajnej Michelle Pfeiffer pojawia się jakaś grubawa baba w zwiewnych tiulach, odgrywająca rolę narratora i sprawcy komediowo-romantycznych wydarzeń, niewidoczna dla bohaterów filmu acz niestety widoczna dla widzów, Matka Natura. Gówno będące obrazą dla średniointeligentnego widza.

Winda / Blackout, 2007, USA.

Film, który producenci pozwolili sobie określic mianem thrillera. Troje obcych ludzi zostaje uwięzionych w windzie w prawie zupełnie opustoszałym budynku i… nic sie nie dzieje. Film wydaje się przewrotnie wcielac w życie myśl Alfreda Hitchcocka, który mawiał coś w stylu: najpierw powinno być trzęsienie ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. W Windzie najpierw nie wydarza się nic znaczącego, a później natępuje kontynuacja tego trendu. Jedyne, co pozostaje widzowi, to przetłumaczyć sobie dosłownie tytuł oryginału i wcielić go w życie, w odniesieniu do telewizora lub do siebie: blackout - zagłuszanie, zaciemnienie, utrata przytomności.

*****

by marecki

Rumba

4 komentarzy

Prod. Belgijsko-francuska 2008

Mógł to być film absolutnie schematyczny, mógł też być bardzo przewidywalny (w pewnym sensie jest): ot, kolejna opowieść o miłości, gdzie dobro zawsze zwycięża. Ale.Film pełen jest tak absurdalnych sytuacji, że w końcu zaczęłam się śmiać, musiałam „zatrybić” tą konwencję i już było dobrze. Opowieść jest o małżeństwie, nauczycielach szkolnych, którzy „po godzinach” tańczą i to z sukcesami. Swoją drogą sceny taneczne są rewelacyjne ! Niestety spotyka ich pewnego dnia tragedia, a potem kolejna i kolejna. Absurd ilości tych nieszczęść jest porażąjący. On, mimo że po wypadku nie pamięta, że właśnie ta kobieta jest jego żoną, podstawi but, aby deszcz nie padał na głowę ukochanej (dla mnie rozczulające), albo będzie bronił bułki którą jej kupił, czego skutkiem będzie pobicie i utrata odzieży (jeszcze bardziej rozczulające). Ale doskonale wiemy, że złodziej zostanie ukarany, absurdem jest to w jaki sposób, itd. Ona straci nogę, to dostanie czarną protezę (dlaczego u licha czarną?!) można by wyliczać takie sytuacje, ale po co ? Lepiej samemu obejrzeć.
Przerysowana urocza historia w dodatku z latynoskimi rytmami.

Właściwie kwalifikuje się do dwóch kategorii, wrzuciłabym do „idźcie na to”, ale nie wiem czy każdy przetrawi taki film. Mi z początku było ciężko :)

—–
by anielwe

reż. Petr Zelenka, prod. Czechy, 2005

Zapewne wszyscy widzieli. A jak nie wszyscy, to większość.
Nadrabiam zaległości w czeskim kinie, bo aż wstyd, że tyle ich mam.
No to tak (na wypadek, jakby ktoś nie widział jednak).
Na okładce pisali, że „czarna komedia”. Nie do końca mi to określenie pasuje, bo „czarna komedia” to raczej zwykle bardziej komedia niż czarna. Już raczej „tragikomedia” pasowałaby mi lepiej, z naciskiem na tragi-. Bohaterowie, jak to bywa u Zelenki: dziwaczni, z własnymi pasjami, niekoniecznie przyjętymi w szerokim społeczeństwie, lekko pokręceni w różne dziwne strony. Splatają się ze sobą w rozmaitych układach, nie wiadomo, kto kogo i dlaczego spotka. Z tych spotkań i splątań rodzi się ich historia. Zabawna, nieraz bardzo, ale chwilę później jakiś kadr inaczej pokaże oglądany wycinek świata – i okazuje się, że to, co śmieszne, w istocie jest przerażająco smutne.
Ale przy tym wszystkim jednak wciąż widać ironię, dystans do wydarzeń i nawias, w który wzięty jest nasz świat – skoro np. jeden z najbardziej tragicznych bohaterów to… wywołany przez cztery dziewczynki duch żołnierza z 2. wojny.

Obejrzeć? Tak, koniecznie. Można jak ja, w samotności i przy kawie, kiedy szuka się pretekstu do niepisania magisterki, można zbiorowo na rzutniku. I spojrzeć na te kadry, które ścierają uśmiech z twarzy. I na te, które przywracają.

A jeśli wszyscy już widzieli i wrzucam recenzję całkiem niepotrzebnie, to tyż dobrze. Znaczy: szajka ma mniej zaległości niż ja.  A ja swoje zamierzam nadrabiać dalej, bo źródełko czeskich filmów znalazłam w postaci kolegi.


by agatka

2007, USA, reż. Craig Gillespie, choć to nikomu pewnie nic nie powie.

Film chyba nie był dystrybuowany
w Polsce, ani w kinach, ani na DVD, więc muszę się przyznać do
haniebnego obejrzenia pirackiej kopii. Posypuję głowę popiołem, ale
jedynym wyjściem byłoby NIE obejrzeć, a to byłaby wielka strata.

Już w pierwszych sekundach widać, że historia będzie oryginalna.
Tytułowy Lars to introwertyczny dziwak z małego miasteczka, samotnik, mieszkający w chatce
zaadaptowanej z garażu opodal domu swojego brata i jego ciężarnej, pragnącej uszczęśliwić cały świat, żony. Pewnego dnia
Lars zaskakuje ich wiadomością, że nadszedł kres jego samotności.
Przyprowadza na kolację dziewczynę, tyle tylko, że dziewczyna jest
naturalnych rozmiarów lalką z internetowego sex shopu.

Absurdalne? Tak. Zaskakujące? Owszem, ale raczej w inny sposób, niż
by widz oczekiwał. Historia rozwija się, wymykając się schematom i
tworząc pełną ciepła analizę ludzkich charakterów, uprzedzeń i pragnień, bez ani grama banału, tandetnej tkliwości czy nachalnego dydaktyzmu.

Jeżeli
znacie i lubicie Jabłka Adama, to koniecznie obejrzyjcie Larsa i jego
prawdziwą dziewczynę
, film jest utrzymany w podobnie niespiesznym tempie i klimacie. Wrzucam do kategorii Idźcie na to!

*****

by marecki

Film jest tak schematyczny, że od początku wiadomo, jak się skończy. Wszystko jest typowe, jak w typowym amerykańskim filmie. Kiedyś takie filmy leciały w TVP1 o 20:10 (chyba we wtorki). Nazywałyśmy je z siostrą „Raki”, ponieważ zazwyczaj były to filmy o czyimś amerykańskim nieszczęściu, które zamienia się w szczęście, no chyba, że historia była oparta na naszych ulubionych „faktach autentycznych”, wtedy zazwyczaj szczęście było mniej wyraźne. Nie wiem, czy nadal pokazują Raki, bo nie mam telewizora.
Wracając do naszego filmu: mamy Jennifer Lopez z malowniczym siniakiem na twarzy, którego autorem jest jej chłopak (typowy amerykański facet z papierosem). Jennifer ma  też córkę i musi podjąć decyzję o ucieczce w dal. Uciekają typowym rozwalonym samochodem, który OCZYWIŚCIE się psuje gdzieś na środku Ameryki. Oczywiście ktoś im pomaga i docierają w końcu w inne miejsce pośrodku Ameryki, gdzie mieszka jej teściu, człowiek oczywiście niesympatyczny i zły. Oczywiście mimo wszystko budzi naszą sympatię, bo jest rozczochranym Robertem Redfordem, który opiekuje się swoim bardzo chorym przyjacielem, mądrym, starym i dobrym Morganem Freemanem. Morgan Freeman jest taki, jak być powinien, czyli szlachetny, spokojny i pokornie znoszący cierpienie. Dlaczego Robert R. wzbudza naszą sympatię? Przecież gdyby był ostatnim łotrem, nie miałby takiego przyjaciela, jak Morgan Freeman! Tak czy owak – mamy małą i sympatyczną dziewczynkę, mamy też dobrą, pracowitą i zaradną Jennier Lopez, która jak najbardziej czuje się winna błedów z przeszłości, więc przyjaciel Morgana Freemana, czyli jej teść, nie może nie ulec przemianie z oschłego i cynicznego starego zgreda w sympatycznego i ładnie starzejącego się dziadka, który oczywiście nie jest zły do szpiku kości, lecz gdzieś drzemie w nim Dobro i Miłość do jedynej rodziny. Mamy też wątek ekologiczny – niedźwiedź nie może zgnić w klatce w zoo i odzyskuje wolność, znowu wszystko dzięki Morganowi Freemanowi.
Podsumowując – filmidło zupełnie typowe, bez jaj i krzty oryginalności, jednak jeśli komuś się nudzi między obiadem a kolacją, to może obejrzeć, bo w sumie na swój sposób jest uroczy.
Reż. Lasse Hallstrom – to ten, który nakręcił Gilberta Grape’a i Czekoladę. Oba filmy z pewnością mogę polecić jako moje ulubione i trochę mnie dziwi, że „Niedokończone życie” nie ma w sobie nic z oryginalności, świeżości i pomysłu „Czekolady” i nie dostarcza nawet połowy tych wzruszeń i refleksji, do jakich zmusza nas „Co gryzie…”.  Byłam bardzo zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że to ten sam reżyser. Tak, jakby na starość znudziło się Lassemu kombinowanie i postanowił nakręcić coś zupełnie schematycznego. To ostatnie za bardzo mu się udało.

by jaskrawa


  • RSS