rzutnik blog

Twój nowy blog

Lincz

Brak komentarzy

2011, Polska, reż. Krzysztof Łukaszewicz

Jeżeli ma należeć do grona filmów, który budzi grozę, to jednak
nie, jeśli do tych budzących refleksję, to zdecydowanie tak. W skrócie,
scenariusz podbudowany linczem we Włodowie, szerzej, miało być kino
niespokojne, udało się, bo gra na emocjach, klimat – mocny i duszący;
wkurzający ‘oprawca’ i jeszcze bardziej irytująca bezsilność miejscowych po
równo mieszkańców i tzw. władz, czyli policji. Poziom emocji zaspokojony,
fabularnie lekka wtopa, typowy film z nudnym przedzieraniem się przez podawany
na tacy właściwym i dydaktycznym podejściem do tematu. Do tego potwornie jednoznaczne
postacie, które tylko czasem bywają bardziej skomplikowane, ale to raczej nie
jest wina aktorów, wg mnie dawali radę. Na brawa zasługuje zwłaszcza Wiesław
Komasa w roli czarnego charakteru i jeszcze Łukasz Simlat, który generalnie
jest raczej mało zauważanym aktorem a zasługuje na uwagę. Podsumowując – warto,
choć początkowo trzeba się nastawić na zbyt biało-czarną historię i nie zwracać
uwagi na ewentualne braki dotyczące przeżyć wewnętrznych bohaterów tudzież drętwe
sceny z procesu (ów). Na koniec można zadać sobie pytanie o granice obrony
koniecznej, zwłaszcza w przedstawionych okolicznościach przyrody, gdy policja
nie ma zbyt wiele czasu i środków by chronić ludzi i Ci ludzie biorą sprawy we
własne ręce.

Polecam.

by kamol

2012, Finlandia, Francja, Niemcy, reż. Aki Kaurismaki

Wygrałam bilety i poszłam.
Zanim poszłam, przeczytałam recenzje na filmwebie i zachwyciłam się, że idę na taki fajoski film!
No i zaczyna się – koszmarny plener, małe miasteczko portowe pozbawione jakiegokolwiek uroku, chce się uciekać z takiego miasteczka. W tym miasteczku mieszka Pucybut Marx (przynajmniej ma zabawne nazwisko). Pucybut Marx myśli, że wygrał na loterii, bo ma porządną żonę, która mu przyrządza smaczne posiłki, sprząta chałupę i wydziela drobne na szklankę wina (heloooł, jesteśmy we Francji). Żona jest powodem, dla którego rzucił życie kloszarda. Marx prowadzi nudne życie: po wypucowaniu wszystkich brudnych butów idzie znowu wziąćna krechę bagietkę i puszkę sardynek, potem do żony, całuje żonę w policzek, kładzie piniądze na stół, ona je chowa skrzętnie do pudełeczka (ale wydziela mu kieszonkowe), daje mu jeść, idą spać, a potem znowu to samo.
Wiadomo, coś musi się stać. Stają się dwie rzeczy: w kontenerze (podobnym do tego, w którym facet z piłą zepsuł dzieciństwo Dextera) policja znajduje uchodźców i jeden z nich, młody chłopak, ucieka. Druga to choroba nowotworowa żony pucybuta. Te dwie rzeczy są wprowadzone bardzo naturalnie – życie bohatera niewiele się zmienia, bo on to wszystko robi naturalnie i bez wielkiego halo. Jest nawet taki fajny, z delikatną nutką cynizmu i dystansu do wszystkiego. I fajnie by było, tylko że oni wszyscy tacy są. To znaczy wszyscy aktorzy grają tak, jakby byli po raz pierwszy na planie. Nie modulują w ogóle głosów, jakby nie mieli emocji. Potem, po filmie, odbyła się dyskusja, z której dowiedziałam się, że TAK MIAŁO BYĆ, i że to jest znamienne da wielkiej sztuki Kaurismakiego. Miało, nie miało, było to dość denerwujące. Poza tym był jeszcze jeden zabieg, przez który czułam się jakbym Klan oglądała: oni wszyscy, ta cała społeczność z ulicy pucybuta – to jest podstarzała właścicielka baru w typie Marleny Dietrich, pijaki z baru (którzy okazują się być gwiazdami rocka), pucybut + żona, kumpel pucybut 2, właściciel sklepu z żoną, Yvette z piekarni (jako jedyna nie budziła swoją grą aktorską mojego obrzydzenia), a nawet Idrissa – młody zbieg z Gabonu są zajebiście grzeczni, uczciwi i uczynni, jakby zło traciło zasięg w tym miejscu. Mało tego, w polu rażenia Marxa dzieją się małe cuda – ale żeby się działy, trzeba się trochę napracować, gdzieś pójść, kogoś poprosić, coś zrobić, zorganizować. Tak czy owak ma się wrażenie – ja miałam wrażenie – że wymowa obrazu jest taka: Ty uwierz i zacznij działać, a świat ci się podłoży. Jakkolwiek by to nie było optymistyczne i może nawet dla niektórych mające znamiona katharsis, ja tego nie kupuję – zbyt gładkie postacie wkurwiają (nawet Idrissa doskonale mówi po francusku, jest grzeczny i cichy – kolejna postać z „Klanu”), dopatrzyłam się może dwóch ciekawych ujęć, sama historia banalna, co by tu jeszcze dodać…
Na samym końcu brakuje jebutnej tęczy, żeby dopełnić tego kiczu.

I wydawało by się, że napisałam właśnie temu filmowi najgorszą recenzję na świecie, ale mimo tych wszystkich rzeczy nie napiszę „nie idźcie na to”. Nie. Było tam coś Ameliowego, raczej popłuczyny poameliowe, ale można się dopatrzyć. Jest ciepełko społeczności, wobec którego jakos się nie przechodzi obojętnie. Może właśnie dobre naiwne zakończenie, tak niepopularne w kinie offowym, nie pozwala mi w ten obraz rzucić kamieniem? Może ludziom trzeba, żeby filmy dodawały im otuchy? Ten dodaje, ale w taki sposób, nie stapiam się z obrazem, z historią. Absurd, groteska. Ładne, ale przesadzone. Utopijne wręcz. Taki bad Disney.

2011, USA, reż. Cameron Crowe

Po trudnej dla mnie niedzieli, kiedy to musiałam się zmierzyć z depresją i poradzić sobie z kocią „alergią na sterylkowe szwy”, potrzebowałam czegoś kojącego. Nie zawahałam się ani chwili, kiedy przeczytałam kilka słów o filmie „Kupiliśmy zoo”. Dodatkową zachętą był dla mnie Matt Damon – jeszcze nie widziałam go w roli ojca.  A gra naprawdę rewelacyjnie. Oto zwykły facet, który musi poradzić sobie ze śmiercią żony i wychowaniem dzieci. Musi zmienić swoje życie, odciąć się od wspomnień, żeby nie zwariować.
I wpada na wariacki pomysł, żeby wykupić upadający interes – zoo. To „przeciętniak, który zebrał od losu cięgi i odnajduje w sobie powoli siłę do rozpoczęcia wszystkiego na nowo”. Trochę ściorany motyw, zwłaszcza kiedy jest się po lekturze książki o podobnej tematyce (radzenie sobie ze śmiercią ukochanego/ukochanej). Jednak nabiera niesamowitej świeżości w towarzystwie lwich i niedźwiedzich ryków, dobrych zdjęć  (Rodrigo Prieto) i muzyki, którą się lubi (Sigur Rós, a kiedy przewinął się też stary numer śpiewany przez Veddera „Hunger Strike”, poczułam się jak w domu). Cały czas czekałam na jakąś straszną scenę (ktoś pożre ich psa, córka Benjamina wsadzi rękę za kraty, kogoś zje wąż, etc.) zapominając że to film po części familijny. Faktycznie jednak takowa się pojawia, inaczej było by nudno! – o mało co nie dostałam zawału przy scenie z lwem Salomonem. Słuchajcie, to co musze powiedzieć – są cztery powody żeby zobaczyć ten film: Pierwszy to gra Maggie Elizabeth Jones (córeczka Bena) – jest słodka, kochana i niesamowicie naturalna, po prostu rozbraja! Drugi to postać McReady’ego (Angus Macfadyen – możecie go kojarzyć jako Lucjusza z Tytusa Andronikusa albo Czarnobrodego z filmu o tym samym tytule) – zwalistego, praktycznie nie trzeźwiejącego pracownika zoo, który jednak zna się na rzeczy (umierałam ze śmiechu), trzeci to muzyka, czwarty to gra Damona. Generalnie pomysł, ciepły klimat filmu i świadomość, że to film na faktach (i naprawdę gdzieś żyją tacy fajni, mądrzy ludzie) sprawia, że chcę go każdemu polecić. Film na niedzielę. Ja na nim bardzo skorzystałam.

Celowo nie wymieniłam postaci Kelly – gra ją Scarlett Johansson i to może być dla kogoś dodatkową atrakcją, jak dla mnie może być, choć trochę wkurzała mnie w scenie, kiedy Benjamin się jej zwierza, a ona głupawo się uśmiecha. Może miała się uśmiechać pocieszająco, ale dla mnie to było głupawo. No.

2011, USA, reż. Glenn Ficarra, John Requa


Komedia. Romantyczna? Trochę. Ale proszę się nie zrażać. Film jest zajebisty.
Cal jest statecznym czterdziestolatkiem: dom, dzieci, żona – pierwsza i jedyna kobieta w jego życiu. Wtem! Żona ogłasza, że chce rozwodu. Świat Cala wali się w gruzy, a on łoi driny w pubie i kazdemu, kto się napatoczy, wciska żałosną historię, jak to żona go rzuciła.
Wtem! Jeden z bywalców pubu, przystojniak i uwodziciel Jacob, postanawia mu pomóc. Zrobić z niego mężczyznę podobnego sobie – pewnego siebie, uwodzicielskiego i w ogóle zajebistego. W zasadzie mu się udaje. Chłopaki się zaprzyjaźniają i razem polują w pubie na kolejne laski. Tyle że Cal chciałby odzyskać żonę, bo bzykanka na jeden wieczór wcale nie dają mu szczęścia.
Tymczasem przychodzi kryska na matyska i Jacob też trafja na swoją, jak to Amerykanie mówią, soul mate. Trafia też na nią, o czym jest przekonany, trzynastoletni syn Cala, zakochany śmiertelnie w swojej siedemnastoletniej niani, która z kolei durzy się w Calu. I tak o.
Jest trochę komedii pomyłek, jest trochę śmieszności w amerykańskim stylu, ale na poziomie – bez świntuszenia i prymitywu. No i jest arcyśmieszny Steve Carell, przez którego umarłem ze śmiechu po scenie pomieszania języka w studiu telewizyjnym w Bruce Wszechmogoącym. A Jacoba gra świetny Ryan Gosling, którego pokochałem w Lars and a Real Girl. Ryan to również niezłe ciacho, o czym donosi żeńska część widowni.
Bez pretensjonalności, bez patosu i nachalnego dydaktyzmu, z dużą dawką humoru. Warto obejrzeć w niedzielę po obiedzie, ale można w dowolny dzień tygodnia.
by marecki

Francja/Szwecja, 2010, reż. Ola Simonsson, Johannes Nilsson

Dla wszystkich lubiących muzykę i dobre kino – obowiązkowo. Film zaskakujący i oryginalny, choć jednocześnie czerpiący pełnymi garściami z tradycji kina. Skandynawski styl i humor w najlepszym wydaniu.

by marecki

Reż. Mike Mills, prod. USA

Na początek – nie zwracać uwagi, że film amerykański.

Główny bohater Olivier (w tej roli Ewan MacGregor, gra
oszczędnie), stara się odnaleźć po śmierci ojca, który po śmierci matki
wukonuje coming-uot i w wieku 75 lat oznajmia, że jest gejem (fantastyczny
Christoper Plummer), do tego okazuje się, że jest chory na raka i postanawia,
że resztę życia spędzi świetnie się bawiąc. Dowiadujemy się tego już po
śmierci ojca Oliviera, który próbuje się pogodzić zarówno ze śmiercią ojca jak
i wpływem matki, a co za tym idzie małżeństwa rodziców, na całe jego dorosłe
życie. Olivier próbuje usprawiedliwić własne niepowodzenia utrzymania związków
z kobietami nieszczęśliwym małżeństwem rodziców. Utwierdza go w tym m. in.
wypowiedź ojca, który stwierdza, że człowiek czeka całe życie na lwa, ale
jeśli go nie pozna, to zadowala się napotkaną żyrafą, bo lepiej być z żyrafą,
niż żyć w samotności no i jeszcze wspomnienia o matce.  

Oczywiście główny bohater spotyka niezwykła kobietę (nie
zapominajmy, ze to jednak amerykański film ;), ale i tak nie wszystko  układa się idealnie. 

Podsumowując – film o ważnych sprawach, może nawet trudnych,
opowiedziany ciepło, mieszanka smutku, nadziei i surrealistycznego humoru.
Choćby rozmowy Oliviera z bardzo błyskotliwym psem czy wymowne rysunki (główny
bohater jest rysownikiem).  Ciekawostką
są polskie plakaty w mieszkaniu Oliviera, w salonie wielki plakat „Siedem razy
kobieta” a w sypialni „Wielka majówka”. Poszperałam i okazało się, ze reżyser
jest wielbicielem / miłośnikiem polskiej szkoły plakatu :) 

Niby nic wielkiego, dobrze się ogląda.

by kamol

reż. Mikael Håfström, prod. oczywiście USA

W zasadzie można podsumować: to już było. „Egzorcysta”, „Egzorcyzmy Emily Rose” i mnóstwo innych. Ale mimo że było, to jednak warto. Przede wszystkim ze względu na Hopkinsa.

No bo tak: jest sobie młody, niezdecydowany chłopak (Colin O’Donoghue). Tatuś ma zakład pogrzebowy, mamusia umarła wiele lat wcześniej. Chłopak nie wie, co ze sobą zrobić, i z tej niewiedzy idzie do seminarium duchownego („bo u nas w rodzinie masz do wyboru zostać grabarzem lub księdzem”, tłumaczy koledze). Wiary w nim niewiele, więc szybko chce seminarium rzucić. Nie rzuca, bo ksiądz wykładowca przekonuje go, żeby spróbował w Rzymie kursu dla egzorcystów. Z niechęcią wzbierającą i wciąż bez wiary – jedzie.

A potem to już w zasadzie wiadomo. Nie wierzy, nie wierzy, aż zacznie widzieć takie rzeczy, o których nam się nie śniło. Zło sięga też po niego i poza wykręcaniem ciał nastoletniego dziewczęcia (dlaczego to głównie nastoletnie dziewczęta stają się ofiarami? tu akurat nie tylko, ale jednak…) przychodzi do niego w snach i na jawie.

I nie tylko do niego. Bo jak już wspomniałam, jest Hopkins. Hopkins to stary ksiądz egzorcysta, który ma być mentorem młodego. Najpierw, mimo złowrogiego zajęcia i pokrzykiwania na diabły i goszczących je ludzi, wydaje się niemal dobrotliwym staruszkiem. Aż człowiek patrzy na niego i mówi sobie: niemożliwe. Przecież Hannibal Lecter nie może być dobrotliwym staruszkiem.

 
Ha, pewnie że nie może! Przecież jego twarz aż prosi się, żeby ją nawiedziło. Zły, przerażający, atakujący, przebiegły Lecter, tfu, ojciec Lucas Trevant, pasuje znacznie bardziej. Może się zestarzał, ale nastraszyć nadal potrafi. I trochę nawet sam siebie parodiuje tym straszeniem. 

I tylko role kobiece jakoś mnie nie przekonują. Tzn. opętana szesnastolatka owszem, owszem, całkiem dobrze ją ten diabeł dopada, ale już dziennikarka Angeline (Alice Braga)- przyjaciółka głównego bohatera – niekoniecznie. Taka nijaka, może i ładna, ale wlaściwie bez niej nic by się nie zmieniło.

Dorzucam do filmów na niedzielę, jeśli ktoś lubi niedzielami horrory oglądać. Ja lubię. 

by agatka

reż. Niels Arden Oplev, Dania, Szwecja, 2009.

Na podstawie książki Stiega Larssona (niestety nie czytałam). 

To w zasadzie cała trylogia i ta notka chyba powinna się odnosić do ekranizacji całości. II (Dziewczyna, która igrała z ogniem) i III część (Zamek z piasku, który runął) to w zasadzie kontynuacja, utrzymana w podobnym duchu.  

Historia jest wg mnie trochę bardziej amerykańska niż skandynawska. Wielowątkowość, seryjny morderca, kryminalna zagadka sprzed lat, którą rozwiązuje oczywiście nie jak zwykle beznadziejna policja, ale ambitny dziennikarz i dziewczyna z przeszłością i tatuażami. W kolejnych częściach pojawia się dawny ruski szpieg, tajna nielegalna sekcja starych dziadów na wysokich stołkach, twarda i odważna pani adwokat. To co znamy skądinąd.

Obawiam się jednak, że Amerykanie mogli z tego zrobić kolejny, może nawet niezły, ale ciągle typowy amerykański thriller czy kryminał. 

A u Szwedów wszystko jest inne. Chłodne i świetnej jakości. Jakieś lepsze, europejskie, bardziej wiarygodne i naturalne.

Główny bohater – dziennikarz Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) nie jest młodym i przystojnym ciachem, tylko takim trochę brzydkim kanciastym wielkim chłopem. Odważnym, inteligentnym i bezkompromisowym (chciałoby się rzec – taki nasz szukający prawdy i sprawiedliwości Bronek Wildstein, hahahahaha!), ale też słabym swoją słabością do skrytej Lisbeth. Zapada w pamięć, jest milion razy bardziej wyrazisty niż nawet najwspanialszy amerykański gwiazdor. Dziewczyna (Noomi Rapace) to nie jakaś panienka z namalowanym siniakiem, tylko prawdziwy freak z kolczykami na twarzy, wkurzająco zdziczała, nieprzyjemna i szorstka. Ciężkie dzieciństwo wyłazi z jej oczu, z jej twarzy, ruchów, gestów, chudości wytatuowanego ciała, a nie jest tylko dopowiedzianą przez narratora historyjką, sztucznie doklejoną do nieskazitelnej, choć niegrzecznie ucharakteryzowanej laleczki. Miałam wrażenie, że ta dziewczyna nie tylko gra Lisbeth, ale JEST Lisbeth.

Przekonali mnie. 

Ani przez chwilę się nie nudziłam. Cały czas odczuwa się napięcie. Akcja gna, ale nie pozostawia nas gdzieś w tyle, tylko pozwala za sobą podążyć. Żadnych fajerwerków, spektakularnych strzelanin, pościgów. Nic, co byłoby tak bzdurnie i amerykańsko niewiarygodne, naciągane, „zabili go i uciekł”. Krwawe sceny nakręcone są „po prostu”. Bez cenzury, ale też bez nadmiernego epatowania okrucieństwem. Just as they are.

W tym filmie nic nie jest przeinterpretowane ani też niedostatecznie wyeksploatowane. 

Dlatego ja też nic już nie dodaję, tylko mówię – obejrzyjcie sobie i dajcie się wciągnąć w trzy świetne i rzetelnie zrobione filmy.

by jaskrawa

Australia/USA/Wielka Brytania, reż. Tom Hooper, 2010


Pierszy!!!!!!1
O tym filmie napisano i powiedziano już chyba wszystko. Globy, Oskary, Colin firth. I inni. I zajebiście. I właśnie tak.
Ale życzę wam, żebyście obejrzeli ten film ze świadomością własnej słabości, jakiejś jednej konkretnej słabości, z którą walczycie, chcielibyście walczyć, czy może z którą nie macie siły walczyć. I jeszcze żebyście obejrzeli ten film z przyjacielem. Albo niekoniecznie, wystarczy, że pomyślicie o przyjaciołach. A na pewno pomyślicie. O kimś, kto jest blisko, na kogo w najbanalniejszy z banalnych sposobów możecie zawsze liczyć.
Ja tak właśnie oglądałem ten film – przez pryzmat własnych doświadczeń. I mnie powalił. Albo nie! Postawił na nogi! Zachwycił!!!!!!!1
Idźcie na to natychmiast!!!!!!!!1
marecki’s speech

USA, 2010, reż. Dominic Sena


Łel, piszę o tym filmie tylko po to, żeby wyrzucić z siebie negatywne emocje. Albowiem czuję się intelektualnie zgwałcony przez twórców. Film jest tak słaby, że aż się człowiek zastanawia, czy może został zrobiony dla widzów jakiegoś innego niż homo sapiens gatunku.
Ciekawy jestem, kto jest agentem Nicolasa Cage’a i czy oni czytają i wybierają scenariusze po pijaku, na haju, dla szmalu czy się wygłupiają? A może Nicolas Cage jest tak słabym aktorem, że musi grać w takich kiepskich filmach, żeby jakoś wyżyć do pierszego?
W moim odczuciu Polowanie na czarownice jest obrazą dla inteligentnego widza. Scenariusz schematyczny, a sam schemat zbudowany z klisz, z klocków, z katalogu elementów typowych niczym Katalog Elementów Typowych Ursynowskiej Fabryki Domów Wielkopłytowych. Toporne sceny, toporny ciąg wydarzeń, toporna logika, nachalny ciąg przyczynowo-skutkowy.
Kolejny beznadziejny film, w którym Nicolas Cage ratuje świat i jedyna fajna scena to ta, w której Nicolas Cage mówi swemu przyjacielowi coś w stylu: Znów ratuję ci tyłek, jak sto razy wcześniej. Cóż za autoironia, hahahaha.
Nie idźcie na to.
by marecki

  • RSS